ZDARZENIA

Zdarzenia, zdarzenia...

W natłoku wspomnień

jak w kalejdoskopie

widzę

przyjaciół.

Nie do wiary!

Wielu odeszło na zawsze.

Jednak ciągle są z nami

w naszych myślach,

naszej pamięci.

TRWANIE
Jeszcze widzę te postacie!

Przesuwają się twarze,

słyszę rozmowy,

głos

jakże mi znajomy i bliski...

To już było?

Minęło?

Odeszli na zawsze?

Nie!

Oni żyją,

dopóki pamięć ludzka

nie wymaże ich z naszych myśli.

To nasze dziedzictwo,

nasza silą

i

nasze przetrwanie.

 


Autorka obu wierszy: Barbara M. J. Kukulska "Barka"

Prezes Polskiego Zjednoczenia w Johannesburgu (RPA).

Wybrał Staszek Popis

Zbyszek Prabucki

Kaziu Skowroński

Staszek Mazurkiewicz

Piotrek Świercz

Rysiek Gałecki

Wojtek Konieczny

Jan Herok

Zbyszek Grudziński

Czesiu Bortkiewicz

Teresa Aleksiejczyk - Brajbisz

Benek Hoffmann

Tadek Hryniewiecki

Zbyszek Ostrowski

Staszek Białkowski

Roger Malejka

Zenobia Szydłowska

Staszek Oskroba

Czesiek Niedźwiedź

Józek Filiński

Witold Wojnowski

Heniu Sadowski

Marek Szumiel

Lidka Borowczyk - Keńska

Jurek Kuźmiński

Boguś Sadowski

Staszek Markiewicz

Gerard Kosowski

Włodzimierz Zimnowodzki

Wspomnienia o tych z naszego grona, których już pożegnaliśmy

Teresa Aleksiejczyk - Brajbisz

 

Zmarła 6 lutego 1998 r.

 

    Była koleżanką ze studiów, z którą spotykałam się na co dzień, ale po pracy. Mieszkałyśmy w tej samej klatce schodowej. Ona na parterze, ja na III piętrze. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy w 1962 roku spotkałyśmy się przy drzwiach wejściowych i okazało się, że mieszkamy w tym samym budynku już przez jakiś czas.

    W okresie studiów miałam z Teresą mały kontakt. Inne koleżanki, które mieszkały w mieście, często odwiedzały akademik, Teresa raczej rzadko. Wszyscy mówili, że Teresa jest bardzo dobrą studentką.

    Po skończeniu studiów byłyśmy w bliskich towarzyskich i sąsiedzkich stosunkach. Razem rosły nasze dzieci. Miałyśmy nawet wspólną opiekunkę do dzieci. Po urodzeniu syna Teresa zmieniła mieszkanie i zamieszkała po przeciwnej stronie ulicy. Widywałyśmy się przez okna. Wspólnie z Teresą i jej mężem spotykaliśmy się na różnych imprezach, imieninach naszych wspólnych znajomych. Teresa była słabego zdrowia. Pracowała zawodowo stosunkowo krótko.

    Po operacji woreczka żółciowego przeszła na rentę i zajmowała się perfekcyjnie domem. Do przesady dbała o dom i porządek. Były okresy, kiedy czuła się dobrze. Dbała o siebie, ładnie wyglądała. Miała dobry gust, jeśli chodzi o ubiór, doradzała innym. Jeździła do sanatorium i wracała w bardzo dobrym nastroju. Były okresy jej złego samopoczucia. Dolegało jej wiele chorób. Teresa do przesady troszczyła się o swoje dzieci. Ciągle uważała je za "małe". Nawet do pracy nosiła Agacie śniadanie. Cały czas pomagała Wojtkowi w studiach, aż do zrobienia dyplomu. Z czasem z jej zdrowiem było coraz gorzej. Początkowo grono znajomych uważało to za jej "humory".

    Kiedy zbliżał się termin naszych zjazdów, namawiałam Ją na wyjazd. Raz nawet niewiele brakowało, ale emocje zadziałały i Teresa zachorowała. Zawsze po moim powrocie pytała, jak było i wypytywała o różnych kolegów i koleżanki. W ostatnich latach czuła się źle. Zaczęły szwankować jej oczy. Na jedno już prawie nie widziała, ale dzielnie pomagała synowi kończyć studia. Z czasem okazało się, że jest bardzo chora i zaatakowała Ją ta choroba najgorsza. Po operacji przeżyła jeszcze pół roku. Bardzo cierpiała. Rodzina opiekowała się nią do końca z pełnym poświęceniem. Zmarła 6 lutego 1998 r., dzień potem jak syn zrobił dyplom.

 

Stasia

 

Powrót na górę

Witek Pieśla

Staszek Białkowski

 

Zmarł 4 marca 2001 r.

 

    Ze Staszkiem łączył mnie nie tylko czas wspólnych studiów. Jako ziomkowie - Staszek miał rodzinę w Aleksandrowie Kuj., ja w Ciechocinku - utrzymywaliśmy częste i żywe kontakty zaraz po studiach. Staszek był moim niezawodnym przyjacielem w czasie naszego wkraczania w dorosłe, samodzielne życie. W dalszych latach nasze częste kontakty wynikały stąd, że mieszkaliśmy w Toruniu i tu przeważnie pracowaliśmy. Tutaj też mieszkali i pracowali nasi koledzy z roku: Wojtek Konieczny i Witek Specyalski.

    Staszek w swojej zawodowej działalności, co zawsze podkreślał, był wierny jednemu pracodawcy - Polskim Kolejom Państwowym. W PKP odbywał wstępny staż pracy a potem awansował na stanowisko naczelnika i dyrektora. Tutaj odniósł największe sukcesy zawodowe. Stąd też w 1999 roku odszedł na wcześniejszą emeryturę.

    Jakkolwiek nie uczestniczył w naszych ostatnich zjazdach koleżeńskich, to żywo interesował się ich przebiegiem i losami kolegów z roku. Zawsze oczekiwał na szczegółowe relacje i z przejęciem oglądał zdjęcia. Z ostatniego zjazdu zrezygnował w ostatniej chwili, nie czuł się w pełni sił i zdrowia. Choroba męczyła go od dłuższego, ale reprezentując chart ducha, zwierzał się w sposób powściągliwy. Wydaje się, że tak jak w młodości trenując biegi samotnie pokonywał dystans, tak w końcowym etapie swojego życia, starał się zmagać samotnie z chorobą i rozterkami osobistymi.

    Nasz Drogi Kolega zmarł 4 marca 2001 roku. Grób jego znajduje się w rodzinnej miejscowości Aleksandrowie Kujawskim na Starym Cmentarzu.

Cześć Jego pamięci.

 

Janek

 

Powrót na górę

Czesiu Bortkiewicz

 

Zmarł w listopadzie 1997 r.

 

    W dniu 15.X.1964 roku, po wcześniejszych ustaleniach, zgłosiłam się do pracy w Biurze Projektów Spichrzów i Młynów. Gdy weszłam do sekretariatu złożyć jakieś dokumenty -patrzę siedzi Czesio. Okazało się, że On też zgłosił się do pracy w tym biurze. Był to dzień, kiedy Chruszczow przestał być I Sekretarzem KPZR. Czesio często to podkreślał. Pracowaliśmy z Czesiem aż do emerytury. Po rozpoczęciu pracy w biurze Czesio prosił mnie, ażeby nic nie mówić w pracy o jego obozie i zesłaniu oraz o tym, że czasem lubi "trzymać kieliszek w ręce". Więc kiedy jeden z kolegów zapytał mnie - "Czy ten pani kolega lubi c z a s e m ?". Ja oczywiście odpowiedziałam, że "nie". Następnego dnia w pracy szykowała się jakaś okazja. My z Czesiem mieliśmy ustalić jak będziemy się "wkupywać do grona ". Oczywiście były butelki. Czesio nie pił, tylko prosił, ażeby jego porcję zlewać do szklanki. Kiedy szklanka się napełniała - wypijał ją od razu. Ja wcześniej poszłam do domu. Na drugi dzień okazało się, że większość kolegów siedziała w biurze do późnej nocy, ponieważ słuchali opowiadań Czesia z obozu i zsyłki. Czesio opowiadał bardzo sugestywnie. Często były to opowiadania bardzo tragiczne np. próba przygotowania ucieczki z obozu, choroba gruźlicza a nawet próby samobójcze.

    Wielokrotnie słuchałam Jego opowiadań w czasie 28 lat pracy. Muszę stwierdzić, że poszczególne fragmenty zawsze opowiadał tak samo. Czasem nawet mówił: - "Stasia dokończ. Ty to już znasz". Czesio był bardzo pracowity i szybki w pracy. Przez dłuższy czas był specjalistą od remontu młynów i spichrzów o konstrukcji drewnianej. W biurze podziwiano jego rysunki różnego rodzaju konstrukcji drewnianych, szczegóły połączeń, wzmocnienia, węzły i wręby. Robił to zawsze miękkim ołówkiem i jeżeli czasem kreślarka wykreśliła w tuszu jego rysunek, to cały efekt był zepsuty. Taką wprawę w konstrukcjach drewnianych osiągnął Czesio pracując w obozie jako główny konstruktor baraków drewnianych budowanych dla następnych więzień.

    W różnego rodzaju imprezach Czesio był głównym adoratorem kobiet, nie tylko biurowych ale z całego budynku. Jego też wszyscy znali. Ja czasem byłam jego "wrogiem", ponieważ niekiedy przebierał miarę i trochę mnie się to nie podobało, że inni bawią się jego kosztem.

    Czesio bardzo reagował na słowo Mirunia (jego żona). Od razu był innym człowiekiem. Czesio odchodził z biura dwa razy na emeryturę. Pierwszy raz, kiedy uznano Mu okresy pracy w obozie do pracy zawodowej i stażu emerytalnego. Zrobił oficjalne pożegnanie i przez jakiś czas nie pracował. Okazało się, że w biurze naszym było dużo pracy i Czesio wrócił.

    Z czasem jego kondycja była coraz słabsza. Ubolewał nad decyzją córki, która chciała iść do klasztoru - skończyła konserwację zabytków w Toruniu. Stawał się psychicznie słaby i związane z tym były różne przypadłości. Po skończeniu 65 lat poszedł drugi raz na emeryturę. Kiedy rozleciało się biuro na Długim Targu zachodziłam czasem do kolegów pracujących we Wrzeszczu. Mówili, że Czesio traci pamięć i to było przyczyną jego tragicznej śmierci w listopadzie 1997 roku.

 

Stasia

 

Powrót na górę

Józek Filiński

 

Zmarł 29.11.2004 r.

 

    Z Józkiem spotkaliśmy się w czasie studiów. Ja, mieszkając w mieście, bywałem częstym gościem w "KC", jak był nazywany pokój, w którym mieszkał razem ze Staszkiem Belchnerowskim i Władkiem Urbaniakiem. Cele tych wizyt bywały różne - między innymi nauka. Razem z Józkiem robiliśmy dyplom, którego tematem był projekt mostu żelbetowego płytowego z badaniami modelowymi.

Jego pracowitość wspaniale uzupełniała moje lenistwo - gdy przychodziłem do katedry około 10-tej, w ciągu poprzednich paru godzin większość obciążeń modelu przewidzianych na ten dzień była już zrobiona.

    Po studiach Józek wrócił do rodzinnego Ełku. Miał jasno wytyczoną drogę zawodową - 3 lata pracy na "państwowym", aby zrobić uprawnienia, a potem przejście do prywatnej inicjatywy. Po paru "prywatnych" latach w Ełku, przeniósł się z rodziną do Gdańska.

    W 1975 roku syn Paweł zmarł śmiercią tragiczną. Być może fakt ten spowodował, że Józek trochę zwolnił ciąg do przodu i pierwszy raz po studiach postanowił wyjechać z żoną i córką na urlop. Spędziłem z nimi dwa tygodnie nad morzem w Rumunii.

Później straciliśmy się z oczu i spotkania nasze bywały sporadyczne.

    Józek dalej miał swoją firmę budowlaną. Marian Katkowski, który trochę z nim zawodowo współpracował stwierdza, że był on ceniony jako solidny i terminowy wykonawca robót budowlanych, na którym zawsze można było polegać.

Jesienią 2004 roku Józek zadzwonił do mnie chcąc się spotkać. Ja akurat wyjeżdżałem gdzieś za granicę. Obiecałem telefon po powrocie, ale jakoś nie zdążyłem. I już nie zadzwonię...

 

Witek

Powrót na górę

Rysiek Gałecki

 

Zmarł 5 lutego 1991 r.

 

    Urodził się 19 grudnia 1936 roku w Gdyni. Ukończył I liceum Ogólnokształcące w Gdyni - Orłowie w 1954 roku i rozpoczął studia na Wydziale Radiolokacyjnym Wojskowej Akademii Technicznej.

    W roku 1955, korzystając z demobilizacji, przeniósł się na Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Gdańskiej, na którym w dniu 29 czerwca 1960 roku obronił pracę magisterską. Pracę zawodową rozpoczął już w lipcu tego roku w budownictwie wojskowym, gdzie ostatecznie pełnił funkcję kierownika budowy. W latach 1962 -1973 pracował na różnych stanowiskach w budownictwie rolniczym dawnego województwa koszalińskiego, ostatnie 7 lat jako dyrektor Inspektoratu Budownictwa Rolniczego w Szczecinku.

    W 1973 roku powrócił do Gdańska, gdzie pełnił funkcję zastępcy dyrektora ds. przygotowania produkcji, początkowo w Gdańskim Kombinacie Budowy Domów, a następnie w Gdańskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Miejskiego do 1978 roku. Następnie krótko kierował budową hotelu LOT w Warszawie, a od roku 1979 do 1983 związał się z angielską firmą Cementation, z ramienia której był między innymi kierownikiem budowy hotelu "Marina" w Gdańsku. Następnie, aż do swojej nagłej śmierci w dniu 5 lutego 1991 roku, prowadził prywatną firmę budowlaną.

    W życiu osobistym - był dwukrotnie żonaty. Z pierwszego małżeństwa miał córkę Magdę, a z drugiego - dwu synów; Radosława i Rafała. Wybudował dom dla swojej rodziny w Gdyni Orłowie.

    Umarł nagle, we śnie. Pozostawił wielu oddanych przyjaciół i pamięć o sobie jako solidnym fachowcu, uczynnym i otwartym człowieku.

 

Leszek

 

Powrót na górę

Zbyszek Grudziński

 

Zmarł 23 maja 1996 r.

 

    Zbyszka poznałam tuż po zakończonej sesji po I roku studiów, zmartwionego z powodu perspektywy wylania z uczelni, gdy nie zda egzaminów komisyjnych. W trakcie rozmowy okazało się, że mieszka na tej samej ulicy Kochanowskiego we Wrzeszczu co ja, a ponadto jego ojciec był znaczącym kolejarzem, tak jak mój, a do tego Zbyszek urodził się w Toruniu, tak jak ja. Zdarzało się, że po zakończonych zajęciach razem wracaliśmy do swoich domów. Zbyszek był bardzo ambitny, toteż pokonał egzaminy komisyjne, a także administrację, gdyż przeniósł się z Wydziału Budownictwa Wodnego na Budownictwo Lądowe, na który to Wydział wcześniej się nie dostał.

    Drogi nasze zetknęły się znowu w pracy, w 1967 roku, w Gdańskim Zjednoczeniu Budownictwa, gdzie pracował w Wydziale Techniki jako inspektor. Zbyszek był dobrym fachowcem, rzutkim i cholernie operatywnym, czasem zbyt dosadnie określającym rzeczywistość. Szybko awansował na dyrektora technicznego Gdańskiego "Transbudu", bardzo dobrego przedsiębiorstwa. Po wypadku samochodowym przeszedł do pracy do Nauczycielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej jako naczelnik inwestycji, a później w 1989 roku, do Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej "Budowlani". Z powodu wysokiego ciśnienia musiał przejść na rentę, ale pracował dalej, w ramach już własnej działalności gospodarczej, jako konserwator w Rejonie Obsługi Mieszkaniowej w Oliwie, gdzie zresztą mieszkał z żoną i córką. Zbyszek był wszechstronnie uzdolniony. W malutkim mieszkaniu, około 30 m2, na Przymorzu sam wykonywał różne cudne półki i szafki, kiedy to powszechnie, w każdym mieszkaniu królowały segmenty Kowalskiego. Gdy ożenił się po raz drugi, już dla swojej rodziny, bowiem urodziła mu się córeczka, adaptował strych na piękne mieszkanie w "starej" Oliwie.

    Podczas pracy w Zjednoczeniu Budownictwa, ujawnił swoje zdolności plastyczne. Jego charakterystyczne liternictwo, zresztą bardzo ładne, widoczne było na różnych folderach, albumach, okładkach biuletynów informacyjnych i planszach związanych z propagowaniem postępu technicznego. Ze Zbyszkiem współpracowałam przy organizacji wystaw budownictwa Gdańskiego Zjednoczenia Budownictwa i Polskiego Związku Inżynierów i Techników Budownictwa, między innymi związanych z krajowymi konferencjami budownictwa w Ciechocinku i Kołobrzegu. Uczestnicy tych konferencji otrzymywali znaczki okolicznościowe, zaproszenia okazjonalne, a przede wszystkim plastikowe teczki konferencyjne, które w tamtych latach były na wagę złota, oczywiście w szacie graficznej autorstwa Zbyszka.

    W ostatnich latach swojego życia, bardzo angażował się przy robotach remontowych Kościoła Ojców Cystersów pod wezwaniem NMP Królowej Korony Polskiej w Oliwie przy ulicy Leśnej.

    Zmarł 23 maja 1996 roku, mając zaledwie 60 lat.

 

Jadzia

 

Powrót na górę

Ludwik Hapka

 

Zmarł 16 marca 1996 r.

 

    Z Ludwikiem mieszkałem w jednym pokoju w akademiku, w "trójce". Był od nas o tyle bardziej doświadczony, iż po "ogólniaku" pracował rok w Wojewódzkim Zarządzie Dróg Publicznych w Koszalinie.

    W czasie studiów trenował kolarstwo, a jego opiekunem sportowym był prof. Ziółko (wówczas młody asystent). Sport z nauką był dość trudny do pogodzenia tym bardziej, że namawialiśmy Ludwika również do uczestnictwa w innych "zajęciach" nie mających z nauką wiele wspólnego.

    Ludwik poradził sobie doskonale. Również poradził sobie doskonale, gdy po skończeniu studiów rzucony został na "głęboką wodę", obejmując w nieznanym otoczeniu samodzielne kierownicze stanowisko w Wydziale Komunikacji Powiatowej Rady Narodowej w Nowym Dworze (01. 01.1961 r.), jako kierownik Wydziału. Wkrótce (od 01.10.1963 r.) został kierownikiem utworzonego Powiatowego Zarządu Dróg Lokalnych i funkcję tą pełnił przez kilkanaście lat.

    Z dniem 01. 10. 76 r. został powołany na zastępcę dyrektora d/s utrzymania Dyrekcji Okręgowej Dróg Publicznych w Gdańsku, gdzie pracował do 30.03.1993 r. Zmarł przedwcześnie po krótkiej chorobie w marcu 1996 r.

    Spotykałem się z Ludwikiem rzadko, i tak naprawdę o pracy rozmawialiśmy niewiele. Wiedziałem, że jest fachowcem cenionym i na tym się praktycznie kończyła moja wiedza o koledze. Smutne, ale prawdziwe - jak bardzo był cenionym i ile serca, pracy i zaangażowania włożył w poprawę stanu dróg żuławskich (powiat nowodworski) - dowiedziałem się na Ludwika pogrzebie, na sopockim cmentarzu.

    Z żalem, dumą i jednak przyjemnym zaskoczeniem słuchałem, jak dużo zrobił dla ludzi w terenie, któremu poświęcił większość swej pracy zawodowej. Ci ludzie z powiatu nowodworskiego, w którym od kilku już lat nie pracował, tłumnie przyjechali na pogrzeb i z ogromną wdzięcznością mówili o zasługach Ludwika dla rozwoju drogownictwa w powiecie. O tym Ludwik nigdy nie mówił. Bardzo często dowiadujemy się rzeczy ważnych o naszych przyjaciołach gdy Ich już nie ma.

 

Jurek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Miejsce pochówku: Sopot, Cmentarz Komunalny - sektor S, rząd 12, grób 5.

 


Powrót na górę

Benek Hoffmann

 

Zmarł 8 lutego 1999 r.

 

    Bliższe kontakty z Benkiem Hoffmannem nastąpiły gdy zaczęłam "chodzić" z Tadkiem. Mieszkali Oni w jednym pokoju w akademiku chyba przez cały okres studiów. Był czas, kiedy chodziłam na obiady do "trójkowej" stołówki i wolne minuty przed popołudniowymi zajęciami przeczekiwałam w Ich pokoju. Benek nigdy tych minut nie marnował brał suwak, ołówek i chociaż trochę "popychał naprzód" aktualnie wykonywany projekt. Podziwialiśmy tę Jego pracowitość, ale przykładu z Niego nie braliśmy i nawet (wstyd przyznać) pokpiwaliśmy nieco. Oczywiście Benek zawsze zdążył oddać projekt w terminie. Ja musiałam lenistwo nadrabiać nocami pod koniec każdego semestru. Solidnością i poczuciem odpowiedzialności Benek odznaczał się zawsze. Sądzę, że zawdzięczał im wiele sukcesów zawodowych. Był przez wiele lat konstruktorem w Gdańskiej Pracowni Konserwacji Zabytków i ma na swoim koncie opracowania rekonstrukcji obiektów zabytkowych w Polsce i za granicą. Każdy obiekt inny, narzucający nietypowe rozwiązania konstrukcyjne. Na pewno warto aby o zawodowych dokonaniach Benka opowiedział ktoś, kto bliżej je znał. Przyjaźń nasza, myślę, że mogę tak powiedzieć, wyszła poza sale wykładowe. Byliśmy z Tadkiem świadkami na ślubie Benka i Helenki, Oni byli świadkami na naszym. Tak długo jak mieszkałam w Gdańsku utrzymywaliśmy osobiste kontakty, odwiedzając się przy okazji imienin i nie tylko. Później już tylko korespondencja i rzadkie spotkania. I nagle wiadomość: Benka nie ma już wśród nas. Już nie uśmiechnie się tym uśmiechem, który rozjaśniał najpierw oczy, a potem całą Jego twarz, już nie spotkamy się na następnym zjeździe.

 

Wanda

 

***

 

    8 lutego 1999 roku zmarł nagle Bernard Hoffmann, inżynier budownictwa lądowego, wybitny konstruktor i specjalista w dziedzinie ratowania obiektów zabytkowych, wspaniały Człowiek i Przyjaciel. Urodził się w Bydgoszczy w roku 1933. Tam również zetknął się po raz pierwszy z przyszłym zawodem, kończąc z wyróżnieniem, w roku 1953, Technikum Budowlane.

    Studia na Wydziale Budownictwa Lądowego Politechniki Gdańskiej rozpoczął po odbyciu zasadniczej służby wojskowej, uzyskując dyplom magistra inżyniera w roku 1960. Działalność zawodową rozpoczął prawie natychmiast po studiach, przyjmując pracę w Dziale Inwestycji w Starogardzkich Zakładach Farmaceutycznych "Polfa". Po upływie 7 lat przeniósł się do Gdańska i zatrudnił w Gdańskich Zakładach Nawozów Fosforowych, jako Kierownik Działu Specjalistów w pionie inwestycyjnym.

    Po dwóch latach pracy, w listopadzie 1969 roku, przeszedł do Przedsiębiorstwa Konserwacji Zabytków, gdzie pozostał aż do Swojej emerytury w roku 1993. Przez cały okres zatrudnienia w PKZ pracował niezmiennie jako projektant konstruktor, przy odbudowie i ratowaniu najcenniejszych obiektów zabytkowych miasta Gdańska i całego północnego regionu. Z rozlicznych opracowań projektowych do najbardziej godnych podkreślenia należały projekty konstrukcyjne i ekspertyzy związane z odbudową monumentalnych obiektów historycznych miasta Gdańska jak: Ratusz Główny, Kościół Św. Jana, Dom Angielski, zespół dawnych spichlerzy na wyspie "Ołowianka" (obecnie Centralne Muzeum Morskie) i wiele innych. Do bardziej znaczących obiektów w terenie, dla których wykonał opracowania należy miedzy innymi Zespół Zamkowy w Malborku, Zamek w Kwidzynie i Pałac Marysieńki w Gniewie.

    Był również autorem projektów konstrukcyjnych szeregu cennych kamienic zabytkowych w Gdańsku i Elblągu, które z uwagi na ich specyficzne posadowienie uległy awariom lub groziły katastrofą. Swoje wieloletnie doświadczenie zawodowe wykorzystywał i dodatkowo wzbogacał również poza granicami kraju. Kilkakrotnie był w Egipcie, gdzie rozwiązywał problemy konstrukcyjne przy restauracji Świątyni Królowej Hatszepsut w Deir el Bahari. Pracował jako projektant w Wilnie, w Rydze i w Słowacji, a przez okres ponad 2 lat był zatrudniony w Niemczech, w roli menedżerskiej, przy organizacji i prowadzeniu Biura Handlu Zagranicznego PKZ.

Wszędzie gdzie pracował zyskiwał uznanie kontrahentów zagranicznych. Pracy projektowej nie przerwał również po przejściu na emeryturę. Wykonał szereg dalszych opracowań między innymi dla Dworu Artusa, Domu Holenderskiego, Domu Uphagena i Wieży Więziennej w Gdańsku, a w terenie - projekt odbudowy spalonego kościoła w Przywidzu i wiele innych. Dla służb konserwatorskich miasta i województwa był niekwestionowanym ekspertem i doradcą w sprawach ratowania historycznych obiektów.

    Był Człowiekiem niezwykłej pracowitości i sumienności a przy tym skromny, życzliwy i zawsze uczynny dla kolegów. Cechowała Go pogoda ducha, uśmiech i specyficzne poczucie humoru. Jego odejście - tak nagłe - to nie tylko wielki ból dla Jego bliskich, ale także strata dla całego środowiska konserwatorskiego, kolegów i przyjaciół.

 

Zenek Sykutera

 

Powrót na górę

Tadek Hryniewiecki

 

Zmarł 28 grudnia 1999 r.

 

    Był jednym z czwórki, poza Stefanem Minkowskim, Zbyszkiem Ostrowskim i Luckiem Potrzebowskim, absolwentów Wydziału Dróg i Mostów Technikum Kolejowego w Olsztynie, która to czwórka na egzaminach wstępnych na BL Politechniki Gdańskiej wyróżniała się od innych mundurkami kolejarskimi. Był to ubiór obowiązujący w Technikum, fundowany przez PKP. W mundurkach tych paradowaliśmy, raczej dodzieraliśmy je, uczęszczając na zajęcia I roku studiów.

    Z tej czwórki "kolejarzy", która w komplecie zdała egzaminy wstępne i zamieszkała w Domu Studenckim Nr 3, od początku wyróżniał się Tadeusz. Był najwyższy, najprzystojniejszy (krzaczaste brwi i bujna czarna czupryna) i nosił okulary. Na wspólnych wykładach z matematyki, geometrii wykreślnej lub fizyki nie bał się zasiadać w pierwszych rzędach audytorium. Bóg raczy wiedzieć, czy to fakt zauroczenia przedmiotami, wykładowcami, czy też zawojowania od początku przez drobniutką i sympatyczną Wandą. Ich drogi życiowe po kilku latach rozeszły się w różne strony, ale zauroczenie klimatem audytorium i umiłowanie pracy naukowo - badawczej pozostało na zawsze.

    Po epizodycznej próbie pracy na stanowisku asystenta w Katedrze Budownictwa Stalowego na naszym Wydziale, kilkanaście lat poświęcił na zdobywanie wszechstronnego doświadczenia zawodowego w budownictwie i projektowaniu, by ponownie powrócić do dydaktyki na uczelni. Wymagany po ukończeniu studiów roczny staż pracy w budownictwie Tadeusz odbywał w Gdańskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Miejskiego, a następnie od kwietnia 1962 r. przeniósł się do tworzonego w ramach Gdańskiego Zjednoczenia Budownictwa - Zakładu Badań i Doświadczeń. Zajmował się badaniami materiałów budowlanych, opracowywał i wdrażał nowe technologie w budownictwie mieszkaniowym i przemysłowym, awansował na kierownika pracowni. Nawet w okresie 2-letniej służby wojskowej nie zerwał z budownictwem. Jako inżynier oficer rezerwy - wraz z naszym kolegą Bronkiem Jefimowem nadzorowali różne budowy obiektów wojskowych - głównie na Wybrzeżu.

    Nim powrócił na dobre do pracy dydaktycznej na Politechnice Gdańskiej, w latach 1972 - 1974 doskonalił warsztat projektowy w wojewódzkim Biurze Projektów Budownictwa Wiejskiego. Pozwoliło mu to na rozszerzenie uprawnień budowlanych. W Biurze tym współpracował na co dzień z naszymi koleżankami: Krysią Nawrocką i Jadzią Duszyńską a także z kolegami: Marianem Katkowskim i Władysławem Zaborowskim. Projektowanie to druga, obok dydaktyki, pasja Tadeusza i obie przeplatają i uzupełniają do końca czynnego życia zawodowego. Jako ceniony fachowiec i specjalista z dziedziny materiałów i konstrukcji budowlanych od sierpnia 1974 r. zostaje zatrudniony w Instytucie Architektury Politechniki Gdańskiej. Równolegle z prowadzeniem wykładów, angażuje się w projektowanie konstrukcji w ramach Zakładu Studyjno - Projektowego przy PG.

    Spotkania "towarzysko - robocze" przy kawie z tego okresu mile wspomina Marian, który pracował w tamtych latach w tym Zakładzie. Prowadzono żarliwe dyskusje i wymianę doświadczeń eksploatacyjnych szczęśliwych posiadaczy SYRENY 105-S oraz inżynierskie dysputy dotyczące projektowania nietuzinkowych konstrukcji budowlanych i wymianę męskich plot o kolegach z "Rocznika 60". Na dorobek zawodowy Tadeusza składa się szereg projektów konstrukcyjnych poważnych obiektów budowlanych. Natomiast, jako rzeczoznawca PZ i TB, a potem biegły z listy wojewody, był autorem wielu skomplikowanych i odpowiedzialnych ekspertyz technicznych. Jako pracownik o wysokich i wszechstronnych kwalifikacjach zawodowych był doceniany przez przełożonych i bardzo lubiany przez kolegów. Cieszył się również zasłużonym autorytetem i sympatią pedagoga - fachowca dla około 25 roczników architektów. Pomimo przedwcześnie posiwiałej, bujnej czupryny - szczególnie studentki garnęły się na konsultacje z wykładanych przez Tadeusza przedmiotów. Miał szczególne predyspozycje i umiejętność sprawdzania i egzekwowania wiedzy studentów.

    W połowie lat 90-tych angażuje się zawzięcie wraz z Kasią w urządzanie ich nowego mieszkania na Osiedlu Zielonym w Gdyni - Redłowie. Pogarszający się stan zdrowia przyspiesza odejście Tadeusza na emeryturę tuż przed rozpoczęciem nowego roku akademickiego 1997-98. Już do obłożnie chorego dotarł próbny egzemplarz przygotowywanych przez Leszka wspomnień absolwentów BL Politechniki Gdańskiej "ROCZNIK 60".

    Tadeusz zmarł 28 grudnia 1999 r., przeżywszy zaledwie 62 lata. Ostateczne wydanie "Spotkaliśmy się w Gdańsku" Benek Nagadowski - w imieniu wszystkich koleżanek i kolegów - wręczył Kasi po pogrzebie Tadeusza, który odbył się w dniu 5 stycznia 2000 r. na cmentarzu Srebrzysko w Gdańsku - Wrzeszczu.

 

Lucek

 


 

Miejsce pochówku: Gdańsk, Cmentarz Centralny Srebrzysko - rejon X, kwatera III dzieci, rząd 2.

 


Powrót na górę

Wojtek Konieczny

 

Zmarł 22 czerwca 1992 r.

 

    Życie ułożyło się tak, że pomimo ukończenia zupełnie innych uczelni, mieliśmy z Wojtkiem początkowo bardzo podobny przebieg pracy zawodowej a od roku 1974 pracowaliśmy już przeważnie razem. Wojtek rozpoczął pracę zawodową w bydgoskiej "przemysłówce" w roku 1961, w której ja kończyłem wtedy roczny staż pracy. Był to okres, w którym doświadczona kadra dyrektorska, bezpartyjnych przedwojennych absolwentów polskich uczelni technicznych, postanowiła zdecydowanie wprowadzić do firmy, w ciągu krótkiego czasu, ponad 25 absolwentów politechnik, i powoli wymienić, dość liczną na budowach, grupę kierowników budów z tzw. awansu społecznego. Pomimo dużego rozrzutu budów na terenie Pomorza i Kujaw, ta młoda kadra inżynierska szybko nawiązała z sobą kontakty, szczególnie poprzez dobrze działający w firmie Polski Związek Inżynierów i Techników Budownictwa oraz na licznych kursach dokształcających i często organizowanych w tych czasach kursokonferencjach.

    Wojtek rozpoczął pracę od stażu, jako inżynier budowy na budowie "Elany" w Toruniu, gdzie w ciągu zaledwie 3,5 roku, w roku 1964 osiągnął zamierzony przez siebie i dyrekcję cel, zostając kierownikiem budowy w generalnym wykonawstwie tej olbrzymiej inwestycji. Do 1974 roku Wojtek kierował budową i przekazywał do eksploatacji: kolejne etapu Zakładów Włókien Sztucznych "Elana", Zajezdnię Samochodową "Transbud" w Toruniu oraz Rozlewnię Gazu Płynnego w Rypinie.

    Od stycznia 1974 roku, kiedy zakończone zostały na "Elanie" podstawowe obiekty tzw. II etapu oraz oddany został I etap budowy Miasteczka Uniwersyteckiego w Toruniu -- połączono prowadzone przez nas budowy i powołano Zarząd Budowlany bydgoskiej "przemysłówki" w Toruniu, którego dyrektorem został Wojtek a ja Jego zastępcą. Był to przełom w naszym życiu nie tylko zawodowym. Szybko znaleźliśmy wspólny język i Wojtek był od tego czasu przeważnie "pierwszym po Bogu" a ja "wiecznie drugi". Tworzyliśmy niezwykle silny duet, w którym role były podzielone odpowiednio do naszych charakterów. Wojtek - energiczny, przebojowy, nieustępliwy realizował powierzane mu zamierzenia budowlane, które od podstaw w sposób wyniesiony z rodzinnego zamiłowania do "poznańskiego porządku" były przeze mnie przygotowywane, wynegocjowane a po wspólnej dyskusji konsekwentnie realizowane. Ten duet lub jak kto woli "wioślarski debel" - "Twardego Kaszuba" jak nazywano Wojtka i "Spokojnego Poznaniaka" jak mnie określano zaowocował realizacją wielu inwestycji, z których najważniejsze to: II etap Rozbudowy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Zakład Wielkowymiarowych Konstrukcji z Drewna w Cierpicach k/Torunia, Ujęcie Wody na rz. Drwęcy dla m. Torunia i wstępne prace na WSC "Mątwy II". W listopadzie 1976 roku Wojtek obejmuje stanowisko Dyrektora Generalnego Wykonawstwa Wielkiej Budowy "Wytwórni Sody Ciężkiej" w Mątwach k/Inowrocławia. Jest to chyba najważniejsza budowa w zawodowym życiorysie Wojtka. Przez trzy lata poświęca tej budowie cały swój czas i energię. Pracuje średnio 12 a często przeszło 14 godzin dziennie. Budowa prowadzona jest na podstawie kontraktu polsko - francuskiego. Mimo, że językiem kontraktowym jest język niemiecki Wojtek w krótkim czasie opanował biegle język francuski. Owocowało to podczas naszych pobytów we Francji w okresie opracowania i uzgadniania dokumentacji, a także później w czasie realizacji kontraktu nadzorowanego przez zespół inżynierów francusko - niemieckich. Bardzo polubił Francję jako kraj, nawiązał liczne kontakty koleżeńskie z Francuzami i stał się wielkim smakoszem win francuskich. Zawsze lubił wino, unikał i nie znosił pijaństwa mocnymi trunkami.

    Pod koniec 1979 roku wyjechaliśmy na budowę rurociągu do Nowopołocka. Wykonywaliśmy wszystkie obiekty kubaturowe na ropociągu Andreapol - Nowopołock. Wojtek był szefem zarządu robót a ja Jego zastępcą. W latach 1983 - 1987 pracowaliśmy w różnych firmach. Wojtek w "Interbudzie" w Bydgoszczy (eksport budownictwa do Niemiec, Czechosłowacji, Litwy i Rosji), a mnie losy skierowały do toruńskiej "przemysłówki", która wspólnie z "Interbudem" realizowała inwestycje w Niemczech. Te wspólne kontakty spowodowały powrót do wspomnianego wyżej duetu kaszubsko - poznańskiego. Ostatnim efektem naszej współpracy była, zrealizowana z powodzeniem, rozbudowa i remont Portu Morskiego w Rostocku w latach 1987 - 1991, której byłem kierownikiem podlegającym bezpośrednio Wojtkowi jako z-cy dyrektora ds. technicznych w "Interbudzie". Budowa ta była realizowana w czasach wielkich zmian na terenie Niemiec począwszy od unii walutowej RFN - NRD, poprzez Zjednoczenie Niemiec i dalszej pracy w zupełnie nowych wolnorynkowych warunkach.

    Jak już wspomniałem, na niwie opisanej wyżej pracy zawodowej, nastąpiło wzajemne poznanie, zawiązała się trwała przyjaźń, nawiązanie kontaktów rodzinnych, towarzyskich jak i chęć wspólnego spędzania wolnego od tej pracy czasu. Trzy elementy życia zaważyły na pogłębieniu tej przyjaźni. Były to: wspólne spędzanie zimowych (narty) i letnich (lasy i jeziora) urlopów, sport (siatkówka, pływanie, narciarstwo biegowe) oraz 2-letni wspólny pobyt poza krajem, w trudnych warunkach klimatu i pracy, na budowie ropociągu przebiegającego przez tereny dzisiejszej Rosji i Białorusi. Tam z dala od rodzin, prawie cały nasz wolny czas spędzaliśmy razem - latem nad jeziorami a zimą na nartach biegowych. Wojtek mawiał w zależności od pory roku, że "dzień bez pływania lub bez nart - to dzień stracony". Latem potrafiliśmy regularnie, codziennie po powrocie z pracy (średnio o godzinie 19:00 a nawet później) przebierać się w dresy i marszobiegiem biec przez lasy na odległe o 3 km od naszego domu jezioro i pływać, pływać, pływać. Latem słońce zachodziło tam około godz. 22:30 - dokuczały tylko komary. Po wyjściu z wody nasze wycieranie się i ubieranie wyglądało jak taniec na żarze ogniska. Zimą natomiast, kiedy ciemności zapadały już około godz. 15-tej - wieczorami przemierzaliśmy na biegówkach kilometry wzdłuż oświetlonej linii tramwajowej obok osiedla, na którym razem mieszkaliśmy w Nowopołocku. Był też czas wolny, który dzieliliśmy oddzielnie - Wojtek poświęcał go na wielkie hobby, którym były bezkrwawe polowania na zwierzynę przy pomocy aparatu fotograficznego a ja na rzeźbę w drewnie. Jadąc na kilkudniową kontrolę budów rozciągniętych wzdłuż budowanego ropociągu na długości 400 km (Nowopołock - Newel - Wielkie Luki - Andreapol) ) Wojtek zawsze zabierał ze sobą aparat fotograficzny. Rychło rano, przed rozpoczęciem pracy, potrafił udać się do lasu z nadzieją, że coś "upoluje", ale też dla nabrania sił do ciężkich zmagań w ciągu dnia pracy. Po jej zakończeniu, tuż przed zachodem słońca z nadzieją sfotografowania łosia albo upragnionego niedźwiedzia (w Andreapolu bywały przypadki spotkania niedźwiedzia przy budowanej przez nas stacji pomp), udawał się ponownie do lasu gdzie rozładowywał całodzienny stres z pełnienia trudnej dyrektorskiej funkcji w niezbyt przychylnej atmosferze i stałych utarczkach z nadzorem rosyjskim jak i naszymi zleceniodawcami z "Energopolu".

    Wypełnianie przez Wojtka tej dyrektorskiej funkcji na budowie zagranicznej, na której "Interbud" zatrudniał ponad 1000 pracowników, sprowadzanie z kraju materiałów, wyrobów i sprzętu, wymagało ogromnego samozaparcia, silnej woli, hartu ducha, niezwykle konsekwentnego dążenia do wytyczonego celu jak i nieustępliwości wobec partnerów na budowach. Wymienione wyżej cechy charakteryzowały osobowość Wojtka, wyrabiały szacunek u partnerów a przede wszystkim niekwestionowany autorytet przywódcy wśród podległej mu załogi. Posiadał Wojtek dużą umiejętność współpracy z podlegającymi mu pracownikami szczególnie z kadrą inżynieryjno-techniczną. Przytoczę tutaj sławne powiedzenie Wojtka "KOLEDZY, MAMY TO UZGODNIONE" - zdanie to oznaczało praktycznie polecenie wykonania określonej pracy lub zadania. Nigdy nie stawiał sprawy na ostrzu noża, wydając podległemu sobie pracownikowi polecenie takiego a nie innego sposobu wykonania. Podchodził do problemu z własną, lub przedyskutowaną z najbliższymi współpracownikami, wizją wykonania - przedstawiał ją zainteresowanym - wysłuchał uważnie ewentualnego sprzeciwu, po czym ponownie przedstawiał swoją wizję i zamykał dalsza dyskusję zdaniem - "KOLEDZY, MAMY TO UZGODNIONE", co najwyżej powtórzył je jeszcze 2 razy, popatrzył na twarze zainteresowanych i koniec. Przez kilka lat mojej bliskiej współpracy znam tylko jeden przypadek, kiedy kierownik budowy, zresztą zaprzyjaźniony z Wojtkiem, odpowiedział: "NIE KOLEDZY, TO NIE JEST UZGODNIONE", i że on będzie realizował swoją budowę według własnego planu. W krótkim czasie drogi zawodowe tych dwóch dobrych kolegów rozeszły się, kierownik ten przeszedł do innego pracodawcy, co nie zerwało kontaktów koleżeńskich. Po kilku latach kierownik ten przeszedł do pracy w "Interbudzie" i podlegając ponownie Wojtkowi zrealizował szereg odpowiedzialnych i trudnych kontraktów na rynku niemieckim.

    Praca zawodowa w bezpośrednim wykonawstwie, jaka stała się naszym udziałem, była pracą trudną, wymagającą zarówno wysiłku umysłowego jak i fizycznego (nadzorowanie pracy na dużych budowach, długotrwałe podróże samochodowe) a często pomimo piastowania wysokiego stanowiska sprowadzała się do roli gońca (brak było wówczas bezprzewodowej łączności telefonicznej), ale szczególnie wymagała szalonego, niewymiernego zaangażowania czasowego. Z drugiej strony dawała olbrzymią satysfakcję, której nie posiada wiele zawodów a mianowicie widoczny, namacalny efekt tej pracy, w postaci wybudowanego obiektu, który zaczynał żyć. I to chyba nas przy tej pracy trzymało, usprawiedliwiało wielogodzinne zaangażowanie (powroty do domu średnio godz. 19:00 - 20:00) przy niewspółmiernych do tej pracy zarobkach.

    Jest jeszcze jeden aspekt naszej przyjaźni z Wojtkiem, aspekt dobrze znany naszym rówieśnikom, zupełnie obcy dzisiejszemu pokoleniu inżynierów - jest to aspekt polityczny. Wszystkie odpowiedzialne stanowiska pracy obsadzane były przez wszechrządzącą PZPR i wymagającą od ludzi je zajmujących przynależności do partii. Doceniając osobistą wolność i niezależność oraz wartość rzetelnej pracy inżynierskiej, nigdy nie zapisaliśmy się do żadnej partii. Tylko nasi rówieśnicy mogą sobie wyobrazić, jaki napór był wywierany na nas, aby wstąpić do partii, skoro każdy z nas pełnił wymienione na wstępie funkcje zawodowe. Różne "kacyki" partyjne nie zgadzały się z naszą nieustępliwością, wnioskowały o zdjęcie ze stanowiska, warunkowały pracę na wyższych stanowiskach wstąpieniem do partii, ukończeniem modnego wówczas Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu - Leninizmu. Najbardziej jednak wściekał ich brak możliwości zastosowania środka przymusu tzw. polecenia partyjnego.

    Wojtek był odznaczony 3 krotnie: Srebrnym Krzyżem Zasługi w r. 1971, Złotym Krzyżem Zasługi w roku 1976 i Krzyżem Kawalerskim w r. 1982. Świadczy to wyraźnie o Jego nieprzeciętnych osiągnięciach zawodowych. Wojtek był przede wszystkim inżynierem oddanym bezgranicznie pracy, której się podejmował. Unikający i stojący z boku od różnych układów, był człowiekiem niezwykle prawym. Był patriotą, który codzienną nadzwyczaj rzetelną pracą świadczył o przywiązaniu do tej prawdziwej, tradycyjnej Polski wolnej od niszczących ją układów politycznych. Bezgranicznie kochał ojczystą przyrodę - góry, lasy i jeziora, bezkrwawe łowy teleobiektywem. W doskonałości przyrody odkrywał i fascynował się dziełem Stwórcy. Drugą pasja Wojtka poza pracą zawodową był sport. Po rozpoczęciu pracy zawodowej w Toruniu uprawiał wioślarstwo w K. S. "Budowlani", jednak odległość przystani od centrum Torunia zabierała zbyt wiele czasu na dojazdy i przy tak intensywnej pracy zawodowej musiał zrezygnować z tej dyscypliny. Wówczas to w zawodowym gronie toruńskim zorganizowaliśmy zespół siatkówki i zespół pływacki, na treningach, których spędzaliśmy co najmniej dwa wieczory w tygodniu. Zimą regularnie jeździliśmy w góry na narty a latem nad jeziora w Bory Tucholskie. Właściwie stale szukaliśmy możliwości uprawiania sportu, który byłby szybko i łatwo dostępny i aby wolne od pracy dni móc spędzać w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Zespołowe sporty zostały wykluczone, gdyż wymagały regularnych spotkań w grupach. Dlatego latem sportem podstawowym było pływanie (bardzo często bez względu na pogodę) a zimą narty. Zimy białorusko - rosyjskie, które spędzaliśmy w latach 1981 i 1982 zafascynowały nas narciarstwem biegowym, które zaczęliśmy cenić wyżej od narciarstwa zjazdowego. Sprawdzianem naszej formy było wielokrotne uczestnictwo w długodystansowych biegach narciarskich w latach 1984 - 1992. Wojtek uczestniczył 3-krotnie w największej amatorskiej narciarskiej imprezie na świecie tj. w Biegu Wazów w Szwecji na dystansie 90 km z Salem do Mora, w której bierze udział przeciętnie 12 tysięcy uczestników. Pierwszy start w tej imprezie nie zakończył się dla Wojtka powodzeniem. Na stromym podejściu zaledwie kilka kilometrów od startu Wojtek łamie nartę. Przypadkowy kibic - Szwed oddaje Mu swoje buty i narty - Wojtek wciska się w zbyt ciasne obuwie i biegnie dalej. Na drugim punkcie żywieniowo - kontrolnym, mniej więcej w połowie trasy, po przebiegnięciu 50 km komisja sędziowska dyskwalifikuje Wojtka za to, że nie biegnie na nartach ostemplowanych na starcie. Mówił mi, że chciało mu się płakać, lecz po zdjęciu butów Szweda nie poznał swoich stóp (krwawe pęcherze), więc może ta przykra dyskwalifikacja nie poszła na marne. Po roku i po 2-ch latach od tego biegu Wojtek dwukrotnie kończy jako jedyny z 2-ch startujących Polaków ten morderczy bieg. Osobiście nie biegałem w Biegu Wazów, natomiast 7-krotnie brałem udział w Biegu Piastów w Jakuszycach na dystansie 50 km. Wojtek biegał ze mną w tym biegu 3-krotnie i tutaj nie zawsze byłem "wiecznie drugi". Nikt nic nie mówił, ale cicha rywalizacja, jak to w sporcie bywa, istniała. Wzajemne spojrzenie w oczy przyjaciela i znaczący uśmiech wyrażały, kto był lepszy. Pamiętny jest dla mnie Bieg Piastów w roku 1992 - wystartowaliśmy razem na dystansie 50 km, dobrze mi się biegło i byłem przed Wojtkiem o kilka minut. Na jednym z podejść na 10 km naderwałem mięsień w pachwinie. Każdy krok stwarzał dokuczliwy ból. Doczłapałem się jakoś do pierwszego punktu kontrolnego - Wojtek mnie w tym czasie dogonił i powiedziałem Mu, że skracam trasę i przechodzę na 25 km. Wojtek pobiegł dalej 50tkę i na mecie czekał już na mnie (pomimo tej różnicy dystansów). Jak mnie zobaczył "człapiącego" na mecie, podbiegł do mnie, uściskaliśmy się i pierwszy, również jedyny raz widziałem jak ten twardziel Wojtek płakał. To były łzy żalu i radości. Miał wyrzuty i żal do siebie, że zostawił mnie na trasie i cieszył się jednocześnie, że dotarłem do mety. To są właśnie niewymierne oznaki prawdziwej przyjaźni.

    Istniała też i istnieje nadal z synami Wojtka, przyjaźń naszych rodzin. Zawiązała się ona poprzez wspólne urlopy w ośrodkach bydgoskiej "przemysłówki" w Tleniu i w Drzewiczu w Borach Tucholskich i w Zakopanem. Mirka, żona Wojtka, z którą wziął ślub w 1964 r., była z zawodu technikiem budowlanym i pracowała razem z mężem na wielu budowach.

    Rano 22 czerwca 1992 roku jechaliśmy jak zwykle, z Wojtkiem i jeszcze jednym kolegą, rano do pracy w Bydgoszczy. Potem około 11-tej Wojtek wyjechał do Torunia. Omówiliśmy szczegóły mojego powrotu do domu. Nigdy nie przypuszczałem, że widzimy się ostatni raz. Nie jestem w stanie opisywać szczegółów tragicznego wydarzenia z wieczora 22 czerwca 1992 r., kiedy oboje zostali w bestialski sposób zamordowani. Mam przekonanie, że w tych niezwykle trudnych 12 dniach od ich śmierci do pogrzebu, dałem z siebie wszystko, aby doprowadzić do wyjaśnienia okoliczności tragedii, a przede wszystkim do odnalezienia ciał Wojtka i Mirki oraz doprowadzić do godnego ich pogrzebu. W tych dniach bardzo zbliżyliśmy się wzajemnie ze starszym synem Wojtka - Krzysztofem, z którym przez cały okres poszukiwań i dochodzenia byliśmy stale razem. Zabrakło Wojtka w "Interbudzie" w Bydgoszczy, gronu kolegów i współpracowników związanych z tą firmą, pewności godnej pracy, zabrakło synom Rodziców i wnukom Dziadków. Zabrakło też Rogerowi - Wojtka. Dzisiaj, kiedy samotnie pływam po jeziorach lub biegnę przez odludzia na nartach, wydaje mi się czasami, że Wojtek jest stale gdzieś obok mnie, przede mną lub za mną. Wspomnienie wspólnych zmagań zawodowych i sportowych pozwala mi też łatwiej psychicznie znosić pięcioletnią walkę z ciężką chorobą.

 

Roger

 

 

 


 

Miejsce pochówku: Toruń, Centralny Cmentarz Komunalny - sektor XIII A1_2, rząd 2, grób 17.

 


 

Powrót na górę

Gerard Kosowski

 

Zmarł 21 czerwca 2012 r.

 

    Gerard urodził się 14 kwietnia 1935 r. w miejscowości położonej w rejonie Kościerzyny na Kaszubach. Po skończeniu w Kościerzynie liceum, rozpoczął studia na Politechnice w Gdańsku na Wydziale Budownictwa Lądowego. Na studiach nasze drogi spotkały się na trzecim roku. Był entuzjastą Związku Studentów Polskich (Z.S.P), ale takiego z tradycjami jeszcze przedwojennymi czyli związku, który miał na celu pomoc studentom i dbanie o ich interesy. Gerard był działaczem Z.S.P. i członkiem tzw. Parlamentu Studenckiego, a jako członek komisji stołówkowej w Domu Studenckim nr 3 egzekwował z całą surowością przynależne studentom prawa do zdrowego wyżywienia. Wszyscy koledzy uważają, ze Gerard wyznaczał sobie cele życiowe i z pełną konsekwencją dążył do ich osiągniecia.

    Po studiach rozpoczął prace w Bydgoskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego budując jako stażysta obiekty w Zakładach Chemicznych w Bydgoszczy. Milowym etapem w karierze zawodowej Gerarda była w latach 1963 - 1966 praca w charakterze Kierownika Robót na budowie Zakładów Celulozy i Papieru w Świeciu n/Wisła. Była to w tym czasie największa budowa na terenie Polski północnej. Tutaj można było się poczuć prawdziwym samodzielnym inżynierem. Pasjonował się tworzeniem wniosków racjonalizatorskich o różnym zresztą charakterze, tak technicznym jak i organizacyjnym. W swojej macierzystej firmie tworzy Pracownie Projektową zajmująca się organizacją budów. Po jakimś jednak czasie przechodzi do Bydgoskiego Biura Projektowo-Badawczego Budownictwa Przemysłowego w Bydgoszczy organizując tu pion badawczo-wdrożeniowy, którego zostaje później dyrektorem. Po wszystkich przemianach ustrojowych w 1989 r. pozostaje wierny swojej firmie i pracuje w niej aż do emerytury. Kariera zawodowa Gerarda świadczy o tym, że był inżynierem zawsze oddanym sprawie, której się poświęcał, a przy tym szanowanym przez kolegów i współpracowników.

Cześć Jego pamięci.

 

Powrót na górę

Jurek Kuźmiński

 

Zmarł 6 lipca 2012 r.

 

    Jurek Kuźmiński urodził się w 1935 roku w Białymstoku, skąd po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego przyjechał do Gdańska, by rozpocząć studia na Wydziale Elektrycznym Politechniki Gdańskiej. Aby spełnić marzenia o projektowaniu linii kolejowych, po I-szym semestrze przeniósł się na Wydział Budownictwa Lądowego, na co władze Wydziału wyraziły zgodę pod warunkiem nadrobienia zaległości z przedmiotów, których nie było na Wydz. Elekr. tj. geometrii wykreślnej i geodezji. Przyjaciel Jurka - Romek Łukasiewicz oraz Basia Płachocka, aby Mu pomóc kreślili za Niego ćwiczenia z geodezji a mnie poprosił o wykonanie ćwiczeń z geometrii wykreślnej. Ponieważ miałam zaliczone ćwiczenia i egzaminy i w związku z tym trochę wolnego czasu, podjęłam się w ramach pomocy koleżeńskiej wykonania tych prac dla nieznanego mi nowego kolegi. Kolega, czyli Jurek K. serdecznie mi za trud podziękował i tak zaczęła się nasza znajomość, która doprowadziła do zaręczyn na V roku studiów.

    Jurek, tak jak większość studentów w tym czasie, dla podreperowania finansów, podejmował prace w Porcie oraz imał się różnych innych zajęć, co nie przeszkadzało Mu w prowadzeniu ożywionego życia towarzyskiego. Po obronie pracy dyplomowej w 1960 roku dzięki swemu mentorowi - prof. T. Rubczakowi otrzymał interesująca pracę w „Prozamecie”, z której po paru miesiącach zrezygnował - skuszony obietnicą otrzymania mieszkania w Białymstoku, gdzie podjął pracę w Wojewódzkim Wydziale Komunikacji. Znajomość nasza dla obu stron zakończyła się szczęśliwie. Oboje trafiliśmy na właściwe swoje drugie „połówki”. Ja wyszłam za maź za absolwenta Wydziału BL a Jurek 2 lata później ożenił się z absolwentką Akademii Medycznej. Owocem ich związku jest syn Bogdan, który po ukończeniu Wydziału Elektronicznego PG pozostał w Trójmieście i z żoną i 2 dzieci mieszka w Gdyni.

    Jurek prowadził życie, jakie przypuszczalnie przyniosło Mu dużo satysfakcji. Przez parę lat był Przewodniczącym Rady Narodowej w Białymstoku, miasta, z którym był emocjonalnie bardzo związany, wykładał w ówczesnej Wyższej Szkole Inżynierskiej w Białymstoku, pracował w Biurze Projektów Budownictwa Komunalnego w zespole sprawdzającym a po pracy - w garażu, który pełnił funkcję salonu towarzyskiego, spędzał czas na zażartych dyskusjach i przyjacielskich rozmowach z gronem podobnych Mu kolegów, z którymi w razie potrzeby tworzył chór rewelersów.

    Koniec życia nastąpił, jak zawsze dla każdego za wcześnie, po paru latach choroby. Po śmierci powiększył grono naszych Koleżanek i Kolegów w tym podobno lepszym ze światów, zostawiając w sercach bliskich smutek i żal.

 

Krysia Bętkowska

 

Powrót na górę

Roger Malejka

 

Zmarł 24 lipca 2001 r.

 

    W dniu 24 lipca 2001 roku pożegnaliśmy naszego nieodżałowanego Przyjaciela Rogera Malejka - współautora naszej książki o Roczniku 60, w części wspomnień o Wojtku Koniecznym. Tak się stało, że życiorys tego wspaniałego Człowieka i inżyniera wplótł się w przebieg pracy zawodowej naszego kolegi Wojtka i szeregu kolegów z rocznika 1960r.

    Dokonania zawodowe inżynierów Rogera i Wojtka są zaznaczone w formie materialnej w zrealizowanych obiektach i kontraktach. W takiej chwili godzi się podkreślić inne aspekty ich działalności. Klimat pracy i koleżeństwa, jaki tworzył Roger i Wojtek, pozostaną niezatarte na zawsze w pamięci. Atmosfera przez nich tworzona dopingowała do tworzenia rzeczy trudnych i znaczących. Nasz wspólny czas spędzony na studiach podyplomowych w Poznaniu, praca na budowach eksportowych w Rostoku i Hoffie, kilka lat w Toruńskiej Przemysłówce pozostawiły wrażenia niezwykłe i niepowtarzalne. Roger był człowiekiem utalentowanym, godnym naśladowania nie tylko w sprawach zawodowych, lecz w szczególności w sprawach ludzkich, do których przykładał niezwykle wysoką miarę etyczną. Jego charakter i głęboka wiara w Boga pozwoliły godnie znosić wieloletnią i ciężką chorobę aż do ostatnich chwil.

Zabrakło kolejnego przyjaciela w Toruniu.

 

Janek

 

Powrót na górę

Staszek Markiewicz

 

Zmarł 21 czerwca 2012 r.

 

    21 czerwca 2012 r. zmarł w Lidzbarku Warmińskim inż. mgr Stanisław Markiewicz, absolwent Politechniki Gdańskiej, Wydziału Budownictwa Lądowego, Rocznik 60.

    Dla mnie był On kimś wyjątkowym, moim jedynym, kochanym i kochającym mężem i ojcem. Przeżyliśmy ze sobą 50 lat dzieląc wspólnie radości i troski dnia codziennego. Zgodnie z powiedzeniem dotyczącym mężczyzn: zasadził drzewo, w 1963 r. został szczęśliwym i dumnym z syna Bogusława ojcem, ale - nie wybudował domu, bo był skromnym człowiekiem, któremu dobra materialne nie przedstawiały najwyższej wartości.

    Drogie Koleżanki i Koledzy Stasia Rocznik' 60, zawsze Was serdecznie ciepło wspominał. Każdy telefon, kartka z pozdrowieniami, krótka wizyta sprawiały Mu wielką radość, był dumny z tego, ze jest jednym z Was.

    Długoletnia choroba nie pozwoliła Mu na udział w Zjazdach Koleżeńskich, ale z uwagą i empatią śledził losy Przyjaciół.

    Lata studenckie wspominał jako jeden z najpiękniejszych okresów swego życia. Stan zdrowia nie pozwolił Mu dłużej pracować w ulubionym zawodzie, ale nadal interesował się budownictwem, odnową zabytków, cieszył się, że Jego miasto - Lidzbark Warmiński pięknieje pod względem urbanistycznym i architektonicznym.

    Jako żona Stasia pochylając się nad Jego zżyciem uważam, że był dobrym Człowiekiem, a dobrych ludzi nikt nie zapomina - Safona.

 

Wspomnienia snuła żona Jadwiga

 

 

 


 

Miejsce pochówku: Lidzbark Warmiński, Cmentarz Komunalny - sektor 57, rząd 2, grób 5.

 


Powrót na górę

Staszek Mazurkiewicz

 

Zmarł 20 lipca 1988 r.

 

    Wśród zgłoszeń na zjazd w 1990 roku w Tleniu nie było Staszka, zadzwoniłem więc do Warszawy, żeby sprawdzić czy znowu nie wylewa potu pod libijskim czy irackim niebem i gruchnęło na mnie: "Ojciec już od dwóch lat nie żyje".

Nie ma Staszka. Przecież miał dopiero 50 lat. Trudno w to uwierzyć. Znaliśmy nawzajem swoje domy rodzinne, rodziców i rodzeństwo. Przegadaliśmy przez ostatni okres studiów wiele wieczorów i nocy w Grandzie i w Akwarium. Dzieliliśmy się swoimi radościami i rozterkami. Potem rozjechaliśmy się po Polsce i spotykali sporadycznie w Krynicy Morskiej, Elblągu i w Warszawie.

    Staszek urodził się i maturę uzyskał w Białymstoku. Mimo że po ukończeniu studiów nie wrócił do rodzinnego miasta, zawsze był blisko domu, licznego rodzeństwa i Rodziców. Ulżenie ich doli oraz opiekę i pomoc młodszym siostrom i braciom traktował jako swój najzwyklejszy obowiązek, i spełniał go sumiennie.

    Niezwłocznie po ukończeniu studiów podjął pracę w Elblągu, w służbie inwestycyjnej, a później w Biurze Projektów Budownictwa Ogólnego. Po zawarciu związku małżeńskiego przeniósł się do Warszawy i zatrudnił się w Biurze Projektów Budownictwa Komunalnego "Stolica". Rozpoczął od stanowiska projektanta, potem był kierownikiem zespołu a w końcu głównym projektantem. Był autorem wielu projektów drogowych dla Warszawy i województwa stołecznego. W tamtym okresie typizacji i normalizacji, powtarzalne, proste rozwiązanie projektowe nie sprzyjały rozwojowi i uzyskiwaniu satysfakcji zawodowej. Próbował ją znaleźć, uczestnicząc w konkursach urbanistycznych na zagospodarowanie rejonów śródmiejskich Opola, Brzegu, Sosnowca i Białej Podlaskiej. Nocami robił komunikację dla tych opracowań, cieszyła Go ta praca i uzyskiwane wyróżnienia.

    Swoje miejsce znalazł jednak dopiero w Iraku, dokąd wyjechał w 1979 roku. Został zatrudniony w Ministry of Housing and Construction - State Oganization of Roads and Bridges - Baghdad, jako konsultant instytucji zagranicznej. Pracował tam dziewięć lat i był powszechnie uważany za doświadczonego, utalentowanego i ambitnego inżyniera. Zaprojektował wiele dróg i nietypowych, wielopoziomowych skrzyżowań i węzłów drogowych, z których znaczna część została zrealizowana pod Jego autorskim nadzorem. Wymienić można niektóre projekty szczegółowe: Węzeł Drogowy na Objeździe Mosulu; Wielopoziomowe Węzły przy Moście nr 384 w Mosulu; Trzypoziomowy Węzeł dla Mostu nr 5 w Mosulu; Czteropoziomowy Węzeł na Placu Damascus w Baghdadzie; Węzły Drogowe typu: "diamond", "cloverleaf", "trumpet", "direct" i "soon" w dystryktach: Mosul, Diwaniya, Nassiriya, Kut, Heet, Baquba, Ramadi, Basrah, Najaf i Baghdad; "Sinak bridge" na wjeździe do Baghdadu; 120 km drogi Salman - Rafha do granicy z Arabia Saudyjska; Trzypoziomowy Węzeł Drogowy nr 1 w Basrah. Jako doradcy i ekspertowi SORB (State Organization of Roads and Bridges) powierzał sprawdzanie, opiniowanie oraz niejednokrotnie modyfikowanie opracowań projektowych, dostarczanych do Iraku przez zagraniczne firmy konsultingowe z Niemiec, Francji, Anglii, Szwajcarii, Brazylii i Danii (Dorsch, Waideleplan, Dragages et Travaux Publics, Maunsell, John Laing, Scott Wilson, Elektrowatt, Mendes Junior, Cowi Consult). Jednocześnie przeprowadził wiele wykładów w zakresie projektowania dróg oraz skrzyżowań i węzłów drogowych, jedno- i wielopoziomowych, dla grup irackich inżynierów.

    Z racji doskonałego przygotowania zawodowego, osiągnięć w zakresie swojej specjalności oraz umiejętności współpracy z przedstawicielami wielu krajów świata był uważany za jednego z najlepszych zagranicznych ekspertów zatrudnionych w State Organization of Roads and Bridges w Iraku. Dzięki temu uzyskał status eksperta w dwóch agendach ONZ jednocześnie: UNDP (United Nations Development Programme - New York) oraz ICAO (International Civil Aviation Organization - Montreal).

    Zmarł tragicznie w Warszawie 20 lipca 1988 roku, krótko po powrocie do kraju. Współpracownicy z kontraktu w Iraku napisali w nekrologu: - Strata Mister Stanley 'a, bezinteresownego Kolegi i Człowieka bezgranicznej uczciwości, powszechnie cenionego przez Polaków i cudzoziemców, dotknęła nas wszystkich.

 

Lech

Powrót na górę

Czesiek Niedźwiedź

 

Zmarł 2 stycznia 2003 r.

 

    Zdaję sobie sprawę, że napisanie po tak długim czasie o naszym Koledze Czesku jest zadaniem niełatwym. Upływający czas zataił w nas fakty i zdarzenia. Z biegiem lat nasze wspomnienia wyblakły i osąd ich niejednokrotnie uległ zmianie. Tym bardziej trudno, że od tak długiego czasu nie ma Go wśród nas.

    Czesiu będąc studentem umiejętnie łączył naukę ze staraniem o zapewnienie sobie bytu, bo jak większość z nas zawsze odczuwał w kieszeni deficyt. Wszystko jednak zakończyło się sukcesem. Przez pierwsze osiem lat po studiach Czesiu pracował na Wybrzeżu. Rozpoczął w Studenckiej Spółdzielni Pracy a później cztery lata był inspektorem nadzoru w Stoczni Gdańskiej.

    Spędziliśmy ze sobą w koleżeńskich kontaktach sześć lat. Czesiek nie był łatwym kumplem ale zaliczyliśmy razem wiele kompanijnych biesiad. Stałym miejscem bankietowania był Klub Filmowca na starówce .Czesław posiadał szczególną łatwość nawiązywania kontaktów z „białogłowymi” i lubił im imponować. Będąc wspólnie w Krynicy zapragnął zaimponować skokiem nowo poznanej dziewczynie, skacząc z najwyższego stopnia trampoliny. Wykonał skok i zniknął pod wodą. Półprzytomnego z dna basenu wyłowił go ratownik. W ostatnim roku pobytu w „3-ce” pomagał mi w prowadzeniu radiowęzła. Ponadto czynnie udzielał się w pracach Spółdzielni Studenckiej. W mojej pamięci pozostanie jako jedna z najciekawszych osobowości z czasów życia studenckiego.

    Później, jak ośmioro z naszego „Rocznika 60”, trafił do byłego województwa koszalińskiego i pełnił kierownicze funkcje w Przedsiębiorstwach w Wałczu i w Szczecinku a od 1982 roku na stanowiskach dyrektorskich w PZU w Szczecinku i w Koszalinie. Za uznanie w swojej pracy otrzymał kilkanaście odznaczeń branżowych i resortowych.

    Był jednym z organizatorów I Zjazdu po 15 latach od ukończenia studiów. Nad pięknym jeziorem w Jastrowiu tańczyły skromnie ubrane dziewczyny a potem bez ubrania też…

    Kontakty nasze (nie wszystkich) były sporadyczne, na ogół wiedzieliśmy gdzie kto pracuje a spotykaliśmy się najczęściej przypadkowo lub przed każdym kolejnym zjazdem, najczęściej ostatnio u Czesia Niedźwiedzkiego w biurze, celem ustalenia kto z kim jedzie. Żelaznymi kierowcami byli Kazik Kamys i Janek Herok.

A potem przy zjazdowym stoliku pokerowym zabrakło stałego partnera. Cześć Twojej pamięci Czesiu.

 

Wspominali: Marian, Janek i Boguś

 

Powrót na górę

Staszek Oskroba

 

Zmarł 14 lutego 2006 r.

 

    Ze Staszkiem, poza oczywiście samymi studiami, stykałem się wielokrotnie np. przy staraniu się i uzyskaniu stypendium zakładowego na PKP no i później w czasie stażu pracy na PKP.

    Potem po jakimś czasie już pracując robiliśmy na spółkę drobne "chałturki" zresztą dzięki Tadkowi, który nam zlecał, nie zapomniałem mu tego zresztą. Potem już znowu po kilku latach spotkaliśmy się przy odbiorze odznaczeń państwowych, on dostał trochę wyższe. Trzeba tu zaznaczyć, że pracowaliśmy w tym samym "resorcie" tj. w spółdzielczości mieszkaniowej. Staszek był skromnym i pracowitym człowiekiem potwierdza to jego życie i kariera zawodowa a w szczególności jej efekty w postaci wybudowanych domów i kierowania jedną z największych w Trójmieście Spółdzielni Mieszkaniowych Urodził się w Tomaszowcach województwo stanisławowskie (prastare ziemie polskie), liceum ogólnokształcące skończył w Wąbrzeźnie.

    Studia na Politechnice Gdańskiej na naszej "Lądówce"” oczywiście razem z nami. Staż, o czym wspomniałem, odbywał w DOKP w Gdańsku i zaraz po jego skończeniu rozpoczął pracę jako zastępca kierownika budowy w Gdyńskiej Przemysłówce - budował pierwsze wieżowce w Gdyni - Redłowie. Od 1963 roku przeszedł do pracy w Spółdzielczości mieszkaniowej i rozpoczął pracę w Spółdzielni Mieszkaniowej im. Komuny Paryskiej w Gdyni na stanowisku zastępcy Przewodniczącego Spółdzielni ds. Technicznych, gdzie w ciągu 16 lat zlecał i nadzorował budowę osiedli mieszkaniowych dla gdyńskich stoczniowców w dzielnicach Redłowo, Obłuże i Pogórze.

    Od stycznia 1980 r. współuczestniczył w założeniu Spółdzielni Mieszkaniowej "Janowo" w Rumii, gdzie pracował przez 10 lat na stanowisku zastępcy Dyrektora Spółdzielni ds. Technicznych, a po przejściu na emeryturę, jako starszy Specjalista ds. Inwestycji w Dziale Technicznym, aż do dnia śmierci.

    Zmarł 14.02.2006 r., spoczywa na cmentarzu w Gdyni - Pierwoszynie. Nie mógł zwalczyć tej jednej z najgorszych plag naszych czasów, z którymi nasza medycyna nie może sobie poradzić.

    Będąc doświadczonym specjalistą całe swoje życie zawodowe poświęcił rozbudowie budownictwa mieszkaniowego w Gdyni i Rumii. W uznaniu szczególnego wkładu pracy w organach Samorządu Spółdzielczości Budownictwa Mieszkaniowego, otrzymał wiele odznaczeń resortowych i państwowych. Staszek był cichym, dobrym, mądrym, rzetelnym i prawym człowiekiem wspominając go czasami człowiekowi żal, że odchodzą ci najlepsi.

    Będziemy Go mieć zawsze takiego właśnie w naszej pamięci.

 

Bogdan

posiłkowany informacjami uzyskanymi od żony Staszka - Pani Krystyny

 

 

 


 

Miejsce pochówku: Kosakowo (Pierwoszyno), Cmentarz Komunalny - sektor 12, rząd 4, grób 37_2.

 


 

Powrót na górę

Zbyszek Ostrowski

   

Zmarł 1 marca 2001 r.

 

    Zadzwonił do mnie Leszek z propozycją napisania wspomnienia o Zbyszku, powiedziałam - napiszę. Kiedy spróbowałam pisać, okazało się, że właściwie mało o nim wiem. Na studiach prawie nie znaliśmy się, On był na "budowlance" ja na komunikacji. Po studiach podjęliśmy pracę w Olsztynie. Spotkaliśmy się dopiero 1 marca 1972 r. W Biurze Projektów Budownictwa Wiejskiego w Olsztynie. Zbyszek był kierownikiem pracowni, do której mnie przydzielono. Nie pamiętał mnie ze studiów, a nawet zasięgał opinii o mojej przydatności do pracy u Stefana Minkowskiego, z którym wcześniej pracowałam. Żyliśmy ze sobą 18 lat od godziny 7.00 do 15.00. "Pożycie" nasze układało się różnie, spieraliśmy się, skakaliśmy sobie do oczu, kłóciliśmy się - oczywiście o pieniądze. On ze złości aż się jąkał, a ja - zacinałam się, ale w końcu dochodziliśmy do porozumienia. Wszystko dlatego, że pełniłam funkcję "męża zaufania" w pracowni przez ponad 10 lat. Pracownia liczyła 15 - 20 osób i stanowiła zespół zgrany, nie było wielkich kłótni, zawiści.

    Zbyszek potrafił wprowadzić atmosferę koleżeńską, nie faworyzował nikogo, przymykał oko na niektóre wyskoki, zwłaszcza w okresie prohibicji biurowej, kiedy było tyle okazji do uczczenia czegoś lub kogoś. Organizował spotkania poza Biurem, wyjazdy na grzyby, spotkania w lokalu z wyszynkiem i tańcami. Sam zawsze zachowywał się nienagannie, kulturalnie, nigdy nie usłyszałam od niego brzydkich słów, nawet w chwili wzburzenia. W pracowni nazywaliśmy go "kotusiem", gdyż tak się do nas zwracał. Zbyszek był dobrym organizatorem, potrafił ustawić pracę tak, że nie musieliśmy gonić w ostatniej chwili. Nie było tak zwanej nerwówki, na półce zawsze leżała jakaś dokumentacja w rezerwie. To dzięki niemu nasza pracownia uważana była w biurze za najlepszą. Był człowiekiem spokojnym, pogodnym, uśmiechniętym, pozbawionym mściwości i zawiści, serdecznym - po prostu był dobry. W 1990 r. w czasach upadku biur projektowych odszedł na rentę. Uważaliśmy, że to był wybieg, bo kto mógł uciekał z Biura. Zbyszek był inteligentny, zawsze wiedział co i kiedy można i trzeba zrobić.

    Potem spotykaliśmy się sporadycznie na ścieżce prowadzącej mnie do sklepu, Jego - do siostry, która mieszka w mojej okolicy. Witał mnie zawsze serdecznie, z daleka machał ręką żebym nie zboczyła. Był radosny, zawsze w dobrym humorze, nigdy na nic nie narzekał. Kiedy miałam chandrę i marudziłam - mówił: "uśmiechnij się, popatrz jak jest ładnie, jak pięknie świeci słońce". Kiedy mówiłam, że mam wszystkiego dość, że wyprowadzę się z domu - Zbyszek mówił: "to zamieszkaj u mnie" (był już wtedy sam), a ja na to: - "jak zobaczysz walizkę i mnie przed swoimi drzwiami nie zdziw się", a on na to: -"fajnie, czekam". Nie zdążyłam!

    Dwa lata temu zmarłą jego żona. Przeżył to boleśnie. Był bardzo dobrym mężem, dbał o dom i rodzinę. Dzieci własnych nie miał, wychowywał syna żony z pierwszego małżeństwa, o synu i wnukach opowiadał ciepło. Żona chorowała na serce. Nie dawał się namówić udział w naszych spotkaniach koleżeńskich w ostatnich latach, tłumacząc mnie - "jak ja mogę bawić się, kiedy żona źle się czuje". Po śmierci żony czuł się osamotniony, próbował znowu pracować zawodowo, coś tam projektował, ale jakoś mu ciężko szło. Spotkałam Zbyszka miesiąc przed śmiercią, był blady, zeszczuplał, ale był uśmiechnięty. Gdy zapytałam: - "cóżeś tak wysubtelniał?" odpowiedział: - "wiesz, coś tam mam z żołądkiem, chyba wrzody, a może ten, co szczypie". Powiedział to tak spokojnie, z uśmiechem, że nie pomyślałam, że z nim jest tak źle. Porozmawiałam ze Stefanem, żeby się zainteresował i okazało się, że stan zdrowia Zbyszka jest beznadziejny. Nie wierzyliśmy.

    Zmarł 1 marca 2001 r. Odszedł człowiek dobry, skromny, wrażliwy, kochający życie i ludzi.

 

Genia

 

Powrót na górę

Witek Pieśla

 

Zmarł 4 stycznia 2018 r.

 

Głęboko zasmuceni żegnamy

dr inż. Witolda Pieślę

naszego Kolegę ze studiów z Politechniki Gdańskiej w latach 1955-1960, adiunkta w Katedrze Konstrukcji Stalowych PG,

rzeczoznawcę budowlanego, organizatora naszych spotkań koleżeńskich.

Wspaniałego Człowieka i Przyjaciela

Żonie, Rodzinie i Najbliższym

składamy wyrazy najgłębszego współczucia

Koleżanki i Koledzy z Rocznika ‘60

8 stycznia

    Rano zadzwonił Jurek Pawelski ze smutną wiadomością, że zmarł Witek Pieśla. Na prośbę Jurka wysłałem tą wiadomość do całego Rocznika ‘60. Pojadę w sobotę na pogrzeb Witka do Gdyni.

 

10 stycznia

    W Dzienniku Bałtyckim ukazał się nekrolog dla Witka. Rano telefon od Jurka, aby zaproponować treść Kondolencji dla umieszczenia ich w gazecie. Jakoś mi się udało to zrobić.

 

Z posłowia do naszej książki, napisanego przez Witka w październiku 1999 roku:

    „Tak wyglądają nasze wspomnienia. Są one zapisem dziejów pewnego pokolenia. Zapewne każde pokolenie uważa się za szczególne, ale nasze jest nim chyba naprawdę. Jesteśmy ostatnim pokoleniem urodzonym przed wojną, które świadomie ją przeżyło, a w dorosłym życiu było świadkiem wszystkich zasadniczych zmian, jakie zachodziły w naszym kraju w ciągu minionego półwiecza. Jesteśmy także jednym z ostatnich pokoleń, którego czasy studiów i początków pracy zawodowej związane były jeszcze z pewnym romantyzmem a nie zderzyły się z teraźniejszym bezwzględnym i zmaterializowanym światem.

    Nasze pochodzenie było bardzo zróżnicowane społecznie, kulturowo i geograficznie. W jedność połączył nas najpiękniejszy w życiu czas dojrzałej młodości. Spędziliśmy go studiując w Politechnice Gdańskiej i to zintegrowało nas na całe życie. Chyba rzadko zdarzają się roczniki, w których wspólnota i przyjaźnie z czasów studiów byłyby tak silne a więzi koleżeńskie tak trwałe. Znajduje to odbicie w naszych wspomnieniach. Wydaje się, że wszystkie integrujące nas wydarzenia następowały we właściwym czasie i okolicznościach. Są nimi, poza studiami, zarówno codzienne, także służbowe kontakty, spotkania koleżeńskie i zjazdy oraz spisanie tych wspomnień przez imponującą liczbę autorów.”

 

Fragment listu od Witka z marca 2016 roku:

    „(…) Ja też obiecywałem sobie, że po zakończeniu pracy będę podróżował. Niestety, od pięciu lat jestem praktycznie „uziemiony” i to nie tylko z powodu bardzo poważnych kłopotów z widzeniem, bo na jedno oko nie widzę w ogóle, a na drugie bardzo kiepsko, ale także z powodu wielu innych dolegliwości, głównie związanych z sercem. W ten sposób jedynie, miejsca, które odwiedzam to są szpitale. Marzyłem o lepszej starości, ale widocznie nie było mi to dane. Jednak, gdy teraz bilansuję moje życie, które poprzednio układało się przez wiele lat pomyślnie i bez większych zmartwień, to dochodzę do wniosku, że taki bilans wychodzi nie tylko „na zero”, ale znacznie powyżej zera. Nie powinienem więc wpadać w pesymizm, biadolić i narzekać, ale cieszyć się tym, że jestem nadal na tym świecie. …”

 

Pisane przez Witka pod koniec 1999 roku:

    Urodziłem się w Warszawie i tam spędziłem pierwsze siedem lat mojego życia. Mama zajmowała się domem. Ojciec był prawnikiem i jako oficer rezerwy we wrześniu 1939 r. został powołany do wojska. Walczył pod Modlinem, a potem całą wojnę spędził w obozie dla jeńców wojennych w Niemczech. W 1941 r. Niemcy wyrzucili moją mamę i siostrę z naszego bardzo ładnego mieszkania i resztę wojny spędziliśmy kątem u rodziny, też w Warszawie. Na szczęście na Pradze, gdzie powstania nie było i pewnie, dlatego przeżyliśmy. Samej wojny, szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętam, poza strachem przed Niemcami i bombardowaniem w jej końcowej fazie. Po wojnie nie mieliśmy gdzie mieszkać, a nie było wiadomo, co się stało z ojcem, który był w części Niemiec wyzwolonej przez Amerykanów. Matka zdecydowała się wyjechać do Gdyni do swojej szwagierki. W ten sposób znalazłem się w Gdyni i pamiętam, że bardzo było mi żal Warszawy, gdyż, jako dziecko chciałem być tramwajarzem. Tramwaje i pisk ich kół na zakrętach były moją fascynacją, a w Gdyni nie było tramwajów i ich brak wydawał mi się nie do zniesienia. Potem zmieniłem zdanie i cieszę się, że w Gdyni są tylko trolejbusy, które nie piszczą na zakrętach. Mój ojciec wrócił do Polski w końcu 1945 r. i pracował aż do emerytury w sądownictwie. Ojciec, którego do tej pory nie znałem był dla mnie kimś obcym, nie mogłem uwierzyć, że to mój tata i do końca jego życia mówiłem do niego w trzeciej osobie. Pracował ciężko, aby utrzymać rodzinę powiększoną o najmłodszego brata. Mama zajmowała się domem i pracowała tylko dorywczo. Tak jak wszystkim było nam ciężko w tych czasach. Dziadków praktycznie nie miałem, gdyż wszyscy poumierali młodo.

    Do szkoły podstawowej i liceum chodziłem w Gdyni. Z nauką nie miałem większych problemów, ale prymusem nigdy nie byłem. W każdym razie mój wychowawca w X klasie, wręczając mi świadectwo powiedział ze zdziwieniem: - No, nie myślałem, że przejdziesz do XI klasy. Moi rodzice mieli zawsze bardzo prawicowe poglądy. Ja miałem takie same i dlatego nigdy nie należałem w tych czasach do żadnych organizacji politycznych, nawet jako jeden z nielicznych do ZMP.

    W szkole przeszedł mi, co prawda, zamiar zostania tramwajarzem, ale nie miałem żadnych konkretnych zamiarów, poza zostaniem wojskowym, co ze względu na ówczesny charakter wojska i moje na to poglądy, odpadało. Ojciec mi powiedział: - Zobacz jak wujek Władek ma dobrze, a jest inżynierem budowlanym. Jemu było dobrze nie tylko dlatego, że był inżynierem budowlanym ale także dlatego, że jego żona też dobrze zarabiała i przede wszystkim nie mieli dzieci. Do wyboru zawodu inżyniera budowlanego przekonała mnie także krążąca wśród kolegów opinia, że studia nie są trudne, a rysunki budowlane nieskomplikowane, w przeciwieństwie do np. mechanicznych, których stopniem dokładności i skomplikowania wszyscy straszyli.

    Podczas studiów mieszkałem z rodzicami w Gdyni i dojeżdżałem na zajęcia pociągiem. Było to na pewno wygodniejsze niż mieszkanie w akademiku, ale trochę zazdrościłem kolegom tam mieszkającym, że nie mają na głowie "starych", są swobodniejsi i bardziej zintegrowani. Również wszystkie trzy praktyki wakacyjne spędziłem w Trójmieście i potem też żałowałem, że nie ruszyłem w kraj. Całe studia, mimo małych potknięć przeszły mi pod względem nauki gładko. Wspominam je z przyjemnością nie tylko dlatego, że byłem młody ale również dlatego, że lubiłem wszystkich na roku i naszych nauczycieli. Nasz rok uważałem za bardzo sympatyczny i zgrany i chyba nie pomyliłem się uwzględniając więzi jakie nas łączą po tylu latach od tamtych dobrych czasów.

    Wbrew pozorom w tych czasach nie było łatwo po studiach o pracę w Trójmieście, zwłaszcza w mojej specjalności - konstrukcje stalowe.  Na prowincji było łatwiej, ale ja - maminsynek - chciałem być na miejscu. Na szczęście, i nie ukrywam, że trochę dzięki znajomościom rodziców, dostałem pracę w "Mostostalu". Moim bezpośrednim przełożonym był nasz starszy kolega, a obecny profesor, Jerzy Ziółko, który był głównym inżynierem. Rozpocząłem pracę jako stażysta na budowie dużego magazynu portowego w Gdyni, a po kilku miesiącach dostałem samodzielną budowę, chociaż formalnie, ze względu na brak uprawnień, kierownikiem był kto inny. Był to montaż kilkunastu stalowych wież o wysokości do 25 m, służących do mocowania na nich znaków nawigacyjnych, położonych na wojskowej części półwyspu helskiego. Robota była ciekawa, chociaż trudna, bo do moich obowiązków należały nie tylko sprawy techniczne, ale też organizacja kwater dla kilkunastu ludzi, transportu, sprzętu montażowego i zaopatrzenia. Roboty zaczęły się ponurą jesienią, ale kończyły się w pełni sezonu urlopowego, z którego uroków mogłem korzystać, mając kwaterę na Helu oraz licznych znajomych. W tym czasie uprawiałem żeglarstwo i na Helu bywałem nie tylko służbowo. Okazało się potem, że moje życie zawodowe zwiąże się z Helem jeszcze na kilka lat. Pracując w Mostostalu, prowadziłem jeszcze roboty w stoczni w Gdańsku, budowę zbiornika na gaz w Sopocie oraz teatru w Gdańsku.

    W połowie 1963 roku upomniało się o mnie wojsko, co było wówczas dość popularne i o czym przekonało się kilku kolegów z naszego roku. Większość z nich lądowała w odległych garnizonach, prowadząc roboty budowlane. Mnie, na szczęście, i znowu dzięki znajomościom ojca, udało się trafić do Dowództwa Marynarki Wojennej w Gdyni. Byłem tam w służbach technicznych, ale w rzeczywistości pełniłem funkcję inspektora nadzoru nad budową baz paliwowych. Zacząłem właśnie od bazy na Helu, gdzie spędziłem pierwsze półtora roku mojej służby, a potem nadzorowałem budowę dużej bazy pod Gdynią. Na stosunki w wojsku nie narzekałem, gdyż na ogół miałem do czynienia z ludźmi kulturalnymi, a poza tym i tak większość czasu spędzałem na budowie. Mój bezpośredni przełożony był wyjątkowo poczciwym, chociaż z wyglądu bardzo groźnym człowiekiem. W sumie służba w wojsku może nie była bardzo przyjemna, ale na pewno nie była uciążliwa. Gdy się skończyła, moje szefostwo awansowało mnie o jeden stopień oficerski i gorąco namawiało, żebym został oficerem zawodowym. Nie nęciła mnie kariera wojskowego, ale oni tak bardzo chcieli mnie zatrzymać, że załatwili mi etat pracownika cywilnego, mającego dokładnie taki sam zakres obowiązków. Zgodziłem się na to i po ostatnim dniu służby w mundurze, zjawiłem się w tym samym miejscu jako cywil, co ciekawe, zarabiający więcej niż oficer.

    W tym czasie, po zrobieniu uprawnień budowlanych, rozpocząłem intensywną działalność w zakresie różnego rodzaju prac zleconych. Zostałem członkiem Terenowego Zespołu Usług Projektowych, gdzie robiłem projekty i ekspertyzy, miałem nadzory itd. Zostałem też biegłym przy Sądzie Wojewódzkim w Gdańsku i to nie tylko w zakresie budownictwa, ale też bhp. Były to złote czasy. Jeszcze przez pewien okres nie było ustawy o bhp i wiele wypadków w pracy kończyło się cywilnymi sprawami w sądzie o odszkodowania. Wydawałem opinie dla sądów dosłownie seryjnie, w szczytowym okresie ponad 120 opinii rocznie. W rezultacie zarabiałem stosunkowo dużo i stać mnie było na kupno sporego mieszkania w dobrej dzielnicy, samochodu i na wyjazdy zagraniczne. To wszystko kłuło w oczy moich wojskowych i atmosfera stawała się nieprzyjemna.

    W 1969 r. ożeniłem się z młodszą koleżanką z liceum, z wykształcenia też inżynierem, ale sanitarnym. Mamy dwie córki. Jedna jest inżynierem chemikiem, a druga jeszcze kończy studia. Niestety daleko, bo w Oslo i dlatego widujemy się, niestety, nieczęsto. Powracając do starych czasów, to tak się złożyło, że w końcu 1969 r. spotkałem Jerzego Ziółko, który po zrobieniu doktoratu u prof. Wł. Boguckiego był docentem na Politechnice Gdańskiej. Spytał się mnie, czy nie chciałbym zmienić pracy i zatrudnić się w Katedrze Konstrukcji Metalowych, gdyż wielu pracowników przeszło do nowo tworzonych uczelni, zwłaszcza do Koszalina, a jednocześnie prof. Boguckiemu zależało na zatrudnieniu kogoś, kto miał już praktykę zawodową. Rozważywszy wszystkie za i przeciw, zdecydowałem się podjąć tę pracę i zostałem starszym asystentem, a po zrobieniu doktoratu, adiunktem. Praca na uczelni miała wiele zalet. Sympatyczne towarzystwo w pracy, atmosfera spokojna i nie nerwowa, kontakt z młodzieżą, a nade wszystko sporo wolnego czasu. Prowadziłem projektowanie, a potem także wykłady na naszym wydziale oraz na "Hydrotechnice". Przez kilka lat pracowałem razem z Wandą Hryniewiecką. W wolnym czasie dorabiałem sobie pracami zleconymi z politechniki oraz z sądów i innych instytucji. Były to dobre czasy, ale ze względu na sytuację gospodarczą skończyły się na początku lat osiemdziesiątych i doszedłem do wniosku, że jedynym sposobem na przeżycie, na jakim takim poziomie, jest eksport. Znając angielski, zamierzałem pojechać do jakiegoś kraju arabskiego, ale lekarze odradzali mi ze względu na stan zdrowia.

    Tak się złożyło, że niezawodny Jurek Pawelski, mój kolega z podwórka, szkoły podstawowej, liceum i jak wiadomo studiów wyjechał do Niemiec przez kielecki "Exbud" w 1980 r. W połowie 1981 r. dzięki jego rekomendacji wyjechałem do małego miasteczka w bardzo ładnej okolicy środkowych Niemiec Zachodnich, aby tam z około trzydziestoma polskimi robotnikami budować nowy, duży budynek szkolny. Nie była to łatwa praca. W obcym kraju, bez znajomości tamtejszych realiów z przypadkowymi pracownikami, którzy wyjeżdżali na eksport za zasługi na trudnej budowie praca kosztowała mnie dużo zdrowia i nerwów zwłaszcza, że w tym czasie był stan wojenny i prawie żadnych kontaktów z rodziną. Dla swoich pracowników musiałem być ojcem i matką i załatwiać wiele spraw nie tylko zawodowych. Ale dobre zarobki wynagradzały trud. Na całe szczęście 100 km dalej był Jurek i zawsze mogłem liczyć na jego wsparcie fachowe i duchowe. Pracowałem blisko rok i gdy budowa się skończyła wróciłem do kraju.

    Po trzech latach dalszej pracy na Politechnice doszedłem do wniosku, że ponownie trzeba sobie podładować akumulatorki finansowe i - już z gdańskiej firmy wyjechałem ponownie do Niemiec, tym razem w okolice Frankfurtu nad Menem a potem Aachen i Kolonii. Przepracowałem tam ponad trzy lata ale mając wcześniejsze doświadczenia było już łatwiej. Po powrocie do kraju wyjechałem po roku jeszcze raz do Niemiec, tym razem dla odmiany do Bremy, gdzie przepracowałem kolejne cztery lata, pracując już na ogół nie na budowach, ale w biurze jako główny inżynier w niemieckiej firmie budowlanej. Nadzorowałem budowy na całym terenie Niemiec północnych i bardzo dużo jeździłem. Tu już moje doświadczenia jeszcze bardziej owocowały i praca nie była uciążliwa a na pewno ciekawa. Budowaliśmy jako podwykonawcy duże i ciekawe obiekty biurowe, hale przemysłowe i mosty. W sumie w Niemczech przepracowałem osiem lat i muszę powiedzieć, że mam jak najlepsze zdanie o Niemcach, z którymi pracowałem. Byli rzeczowi i fachowi, oczywiście wymagający ale nigdy nie spotkałem się z jakąś niechęcią z powodu tego, że jestem Polakiem. Byłem zawsze równo i po koleżeńsku traktowany i z wieloma z nich zawiązałem przyjaźnie. Poza tym praca w Niemczech dawała możliwość poznania rzeczywiście najnowszej techniki i technologii, co zwłaszcza w dzisiejszych czasach jest bardzo ważne. No a przede wszystkim te ich twarde marki. Umożliwiały życie na odpowiednim poziomie, częste przyjazdy rodziny, wyjazdy na atrakcyjne urlopy, zakupy itd.

 

Zebrał w styczniu 2018 r. Lech Rościszewski

 

***

 

Spotkania z Witkiem Pieślą

    Spotkaliśmy się na Politechnice Gdańskiej, na „Lądówce”, jak nazywaliśmy nasz Wydział Budownictwa Lądowego. Witek dał się poznać jako sympatyczny Kolega z dużym poczuciem humoru i pewnego dystansu do otaczającej nas rzeczywistości. Po dyplomie, przez jakiś czas spotykaliśmy się towarzysko i wspominam Go jako serdecznego, miłego uczestnika lub Gospodarza takich spotkań. Zawsze z uśmiechem i życzliwością wobec otoczenia. Po kilku latach spotkaliśmy się jako pracownicy w Katedrze Konstrukcji Metalowych P.G. Witek był sumiennym i obowiązkowym Pracownikiem i bardzo dobrym Kolegą. Można było zawsze liczyć na Jego fachową pomoc – miał przecież kilkuletnią praktykę w MOSTOSTALu. Ale nie tylko to. Bywały okoliczności, gdy potrzebne było zastępstwo na zajęciach. W takich przypadkach Witek też był niezawodny, oczywiście o ile nie kolidowało to z Jego obowiązkami. Różnymi drogami życie się toczy i nasze też się „rozeszły”. Wyjechałam na zagraniczny kontrakt. Miłą niespodzianką był pierwszy list od Witka z „donosami” na temat Jego losów i ogólnie „co słychać”. W ten sposób dostawałam także relacje i zdjęcia z koleżeńskich zjazdów, w których nie mogłam uczestniczyć. Chciało się Witkowi pisywać listy (a nie każdy to lubi), za co byłam (i jestem) Mu serdecznie wdzięczna. Niestety, poza pierwszymi naszymi zjazdami, już nie spotykaliśmy się. Ze względów zdrowotnych Witek musiał zrezygnować z uczestnictwa. Pozostał kontakt korespondencyjny. Pisywaliśmy do siebie okolicznościowo – święta, imieniny. Z czasem, na skutek choroby, pisanie było dla Witka coraz trudniejsze, więc zamiast pisać telefonował. Z przyjemnością wspominam te rozmowy trwające wiele minut za każdym razem. Mimo postępującej choroby Witek nigdy nie biadolił, zawsze znalazła się jakaś jaśniejsza strona. Wiadomość o Jego odejściu była dla mnie absolutnym zaskoczeniem. Przecież rozmawialiśmy przed Świętami Bożego Narodzenia i jak zwykle Witek nie uskarżał się na swój los i było „do usłyszenia następnym razem”. Następnego razu już, niestety, nie będzie. Pozostaje pamięć.

 

Wanda, 20.01.2018 r.

 


 

Miejsce pochówku: Gdynia, Cmentarz Witomiński - sektor 27, rząd 34, grób 11.

 


Powrót na górę

Zbyszek Prabucki

 

Zmarł 9 sierpnia 1969 r.

 

    Po dyplomie rozjechaliśmy się po Polsce, zakładaliśmy rodziny, zdobywaliśmy mieszkania i cieszyliśmy się pierwszymi, mniejszymi lub większymi sukcesami zawodowymi. Nie spotykaliśmy się kilkanaście lat, i dopiero na pierwszym zjeździe w 1975 roku w Jastrowiu dowiedzieliśmy się, że od kilku lat nie ma już wśród nas Zbyszka Prabuckiego. Śmierć zabrała jednego z nas. Zbyszek urodził się w Toruniu w 1937 roku. Dzieciństwo i młodość spędził w Solcu Kujawskim. Maturę uzyskał w tamtejszym Liceum Ogólnokształcącym. Był bardzo pilnym i dobrym uczniem. Takim też był studentem, niezwykle solidnym i ambitnym. Miał zawsze komplet notatek z wykładów i ćwiczeń i chętnie dzielił się nimi z kolegami. W akademiku - spokojny, skromny i uczynny kolega. Takim Go wszyscy będziemy zawsze pamiętać.

Studiował na sekcji kolejowej i zaraz po dyplomie podjął pracę na PKP w Gdańsku, w Oddziale Zmechanizowanych Robót Drogowych. Szybko awansował na stanowisko kierownika referatu, a później naczelnika. Mimo młodego wieku uznawany był za profesjonalistę. Cieszył się powszechną sympatią.

Zmagał się z najgorszą z chorób. Przeszedł trzy operacje. Zmarł w sierpniu 1969 roku. Miał zaledwie 32 lata. Odszedł spokojnie - tak jak żył pomiędzy nami w latach studiów.

 

Lech

Powrót na górę

Boguś Sadowski

 

Zmarł 14 lutego 2013 r.

 

TRYPTYK POŚWIĘCONY Ś.P. WIESŁAWOWI BOGDANOWI SADOWSKIEMU

I.

    Urodził się w Białymstoku w 1933 r. Po wojnie razem z rodzicami i dziadkami przeniósł się na tzw. Ziemie Odzyskane. Po ukończeniu Politechniki Gdańskiej swoje życie rodzinne i zawodowe związał z Koszalinem. Tu pracował jako inżynier budowlany od 1961 r., przyczynił się do budowy wielu ważnych obiektów na terenie Koszalina i ówczesnego województwa. Projektował dla budownictwa wiejskiego i rolniczego pracując w biurach projektów, a także jako rzeczoznawca budowlany wyceniał różne obiekty na terenie Województwa. W Koszalinie założył rodzinę, razem z żoną Barbarą doczekał się dwojga dzieci: syna i córki, którymi bardzo troskliwe się zajmował dbając o ich wychowanie i wykształcenie. Po przejściu na emeryturę jego pasją stały się konkursy, krzyżówki, gry liczbowe i działka, na której eksperymentował z różnymi drzewkami i krzewami. Obdarzony siedmiorgiem wnucząt i prawnuczką w miarę swoich możliwości, głównie w czasie wakacji, umilał im zżycie i rozpieszczał. Był człowiekiem pogodnym, rozważnym, bardzo skromnym, oddanym rodzinie, dzieciom i wnukom.

 

II.

Wspomnienia koleżeńskie ze studiów

    Moje pierwsze spotkanie z Bogusiem, (używał drugiego imienia), odbyło się w budynku akademickim „trójce” we Wrzeszczu przy ul. Hibnera, w pokoju nr 207. Spotkali się: Leszek Rościszewski, Gerard Ryhs, Zdzisiek Sadowski, Boguś Sadowski i ja. W późniejszym okresie na „waleta” Janek Sawicki, (to odrębna historia godna opisania przy innej okoliczności).

    Od razu dał się poznać jako zrównoważony, przygotowany do życia facet, czego nie można było powiedzieć o nas pozostałych, za wyjątkiem Zdziśka Sadowskiego.

    W trakcie studiów był bardzo pracowity i solidny, nie mogę tego powiedzieć o sobie, dojrzałem nieco później. Nie znaczy, że fantazji nam nie zabrakło: wsiedliśmy do samolotu i polecieliśmy do Warszawy aby się spotkać ze swoimi dziewczynami, które poznaliśmy jeszcze przed studiami. Należy nadmienić, że miłość na odległość w tak młodym wieku najczęściej nie ma przyszłości, tak też się stało i w tym przypadku.

    Chyba nie ma studentki/studenta, który nie uczęszczał na wieczorki w akademikach. Tam właśnie poznałem moją przyszłą żonę Danusię, ale co to ma wspólnego z Bogusiem? Otóż ma. Kto zna życie w akademiku nr 3 to wie, że lubiliśmy oglądać dziewczyny jak szły na obiad i z powrotem do akademika nr 2. No i właśnie Boguś wypatrzył sobie Basię za żonę. Biedak nie wiedział jakby się z nią spotkać. Ślepy los tak chciał, że ja wiedziałem, gdyż Basia była bardzo serdeczną przyjaciółką Danusi. No i się stało. Bogusia niezbyt jednak dużo kosztowało zdobycie żony (gdybym ja to wiedział, że tak będzie!). O ile mnie pamięć nie myli, chyba postawił w trakcie wieczorka butelkę wina. Przyjaźń nasza okazała się bardzo mocna, bo ja zostałem ojcem chrzestnym jego syna Mariusza, Basia została matką chrzestną mojej córki Ewy, a Danusia matką chrzestną jego córki Ani. I tak to się skończyło podglądanie dziewcząt.

 

III.

    Niewiele mogę napisać o prawym skrzydle TRYPTYKU, gdyż dzieliła nas spora odległość, a spotykaliśmy się tylko okresowo przy różnych okolicznościach rodzinnych bądź z okazji święta zmarłych. Basia ma grób rodziców w Lęborku. Liczę, że Janek Herok, jako ojciec chrzestny Ani, bądź Kazik Kamys, bliżej poznali jego życie i prace w Koszalinie i tą część zawodową uzupełnią.

 

Cześć Jego pamięci

Tadek Suwezda

 

*** Wspomnienie ***

    Dnia 14 lutego 2013 r. śmierć zabrała naszego Najdroższego Męża, Tatę, Dziadka i Pradziadka. Zmarł mając 79 lat. Sławomir, Bogusław Sadowski urodził się w Białymstoku w 1933 r. Po wojnie razem z rodzicami i dziadkami przeniósł się na tzw. Ziemie Odzyskane. Po ukończeniu Politechniki Gdańskiej swoje życie rodzinne i zawodowe związał z Koszalinem. Tu pracował jako inżynier budowlany od 1961 r., przyczynił się do budowy wielu ważnych obiektów na terenie Koszalina i ówczesnego województwa. Projektował dla budownictwa wiejskiego i rolniczego pracując w biurach projektów, a także jako rzeczoznawca budowlany wyceniał różne obiekty na terenie Województwa. W Koszalinie założył rodzinę, razem z żoną doczekał się dwojga dzieci: syna i córki, którymi bardzo troskliwe się zajmował dbając o ich wychowanie i wykształcenie. Kiedy przeszedł na emeryturę jego pasją stały się konkursy, krzyżówki, gry liczbowe i działka, na której eksperymentował z różnymi drzewkami i krzewami. Obdarzony siedmiorgiem wnucząt i prawnuczką w miarę swoich możliwości, głównie w czasie wakacji, umilał im życie i rozpieszczał. Był człowiekiem pogodnym, rozważnym, bardzo skromnym, oddanym rodzinie, dzieciom i wnukom.

    Łącząc się w bólu z Rodziną i Najbliższymi żegnamy Sławomira, Bogusława Sadowskiego, człowieka niezwykłej kultury osobistej, wrażliwego społecznika oraz uczynnego sąsiada.

 

Sąsiedzi

Powrót na górę

Heniu Sadowski

 

Zmarł 8 czerwca 2008 r.

 

   Henio był trochę starszy od nas. Przed rozpoczęciem studiów już pracował. Od początku sobie z nas, „zielonych” dziewcząt po ogólniaku, dworował; często peszył żartami zbyt frywolnymi.

Później spotkaliśmy się w pracy. Po dwu różnych stronach:

My pracownicy GPRD tj. Tereska , Włodek i ja, jako wykonawcy robót drogowych na lotniskach wojskowych w Świdwinie i Malborku; On jako Inspektor Nadzoru nad tymi robotami z ramienia 17 TOL-u.

Jako młodzi, rok po studiach, pracowaliśmy sumiennie, więc zatargów większych nie było. Raz tylko, przez Henia, byłam „na dywaniku” u szefa. Ze względu na wymóg dużej stabilności mas bitumicznych (duże siły nacisku przy starcie a szczególnie lądowaniu samolotów) były one produkowane z ograniczoną zawartością asfaltu (naturalnego). Aby więc kolejne warstwy dywaników bitumicznych ściśle przylegały do podłoża i kolejnych warstw między sobą, były one skrapiane asfaltem. Norma przewidywała skrapianie w ilości 0,5-2,0 kg asfaltu na 1m2 powierzchni. Inwestor zażyczył sobie 0,5 kg/m2 Skrapiarka była ręczna o określonej pojemności, tak więc z góry wiadomo było jaką powierzchnię można jednorazowo skropić. Henio z groźną miną, w czasie kontroli, stwierdził, że on nie widzi tu pół kilograma asfaltu na metrze kwadratowym powierzchni. Chwilę trwały targi i moje uzasadnienia. W końcu nie wytrzymałam i podniesionym głosem powiedziałam: „zeskrob sobie, głupku, ten asfalt i zważ – zobaczysz ile będzie”. Godzinę później byłam „na dywaniku” u szefa i wysłuchałam „tyrady” na temat mojej złej współpracy z Nadzorem.

Skrapiacz Ignacy N.(„szyszłał” więc wszyscy mówili o nim Ignacz) miał na Henia swój sposób. Gdy miał dobry humor mówił: „panie inżynierze niech się pan odszunie, bo czały czyferblat panu żachlapią”. A gdy nie miał humoru to podnosił dyszę węża skrapiarki w górę i ustawiał się z wiatrem na Henia. No i Henio, który ubierał się „na popielato”, następnego dnia odnosił garnitur do pralni chemicznej.

Kiedyś w Świdwinie Henio miał przymusową przerwę w pracy. Mianowicie pojechał w sobotę odwiedzić ojca w Maborku. Zastał tam częściowo „popacykowane” ściany. Zrobił więc ojcu i siostrze wykład na temat jak powinno wyglądać malowanie: od zmycia ścian, poprzez kolejne czynności aż do właściwego malowania. W poniedziałek zjawił się malarz aby skończyć „dzieło”. Ojciec Henia nie miał odwagi więc siostra wyliczyła wszystkie czynności wymagane przed malowaniem. Fachowiec uniósł się honorem i wyrecytował ojcu Henia: „panie, gdyby mi zwracał uwagę pana syn TEN INŻYNIER to bym może posłuchał, ale jeżeli pana CÓRKA DENTYSTKA uczy mnie malowania to dalej maluj pan sobie sam”. I poszedł sobie. Heniek musiał wziąć urlop by zostać malarzem w Malborku. A my, przez ten tydzień pracowaliśmy bez uwag nadzoru.

    Inni koledzy będą pewnie wspominać osiągnięcia zawodowe Henia, jego drogę inżyniera budowniczego wielu obiektów, ja wspominam te zabawne zdarzenia, które działy się w czasie naszej wspólnej pracy.

 

Eulalia

styczeń 2010 r.

 

***

 

    Studia na I-szym roku Budownictwa Lądowego zaczynaliśmy 1 września 1955 r. Już od egzaminu wstępnego obowiązywał podział dla wszystkich zainteresowanych budownictwem lądowym na "budowlankę" i "komunikację". Ten podział również respektowano przy przydziale miejsc i pokoi w akademikach. Miejsce urodzenia, adres stałego miejsca zamieszkania lub rodzaj ukończonej szkoły średniej i wiek - nie miały większego znaczenia. Na I-szym roku studiów w pokoju o powierzchni ca’ 18 m2 mieszkaliśmy w sześć osób. Sypialiśmy na żelaznych łóżkach piętrowych. Miejsca ustalano w drodze losowania lub decydowały inne ważne kryteria jak chociażby wiek. Heniek należał do grupy najstarszych na roku, a w przydzielonym w DS. nr 3 pokoju rozpiętość wieku między nim a najmłodszym Bronkiem wynosiła około 8-u lat. Losy pierwszych mieszkańców naszego pokoju rysowały się nieraz ciekawie, ale też tragicznie. Jeszcze pod koniec I semestru Franek z Lubelskiego, z powodu załamania nerwowego, trafił do szpitala i przerwał studia, natomiast Walek z Trzebiatowa zmarł na zapalenie płuc. Inni nie dotrwali do II-go roku.
    Heniek natomiast uchodził za szczęściarza i często zgrywał "twardego" i po różnych przejściach - przylgnął przydomek "TWARDY", nie tylko w pokoju, lecz także na roku. Głównym powodem było stosunkowo częste używanie przez niego słowa "twardo", czemu towarzyszył gest uderzania prawą pięścią w otwartą lewą dłoń, a ponadto opowieści z wojska, w których nasz Heniek przypisywał sobie rolę boksera zakończoną zwycięstwem nad włoskim pięściarzem Castello - Pier...leno. Jedni w to wierzyli, inni wątpili, ale zabawa była przednia.
    Heniek do rodziny i kolegów z liceum miał najbliżej, bo pochodził z Malborka.
Zwolniony był z uczęszczania na studium wojskowe, bo zasadniczą służbę wojskową odbył zaraz po maturze. Zwykle po sobotnich zajęciach na uczelni wyjeżdżał do domu i jeśli zajęcia na studium wojskowym wypadały w soboty lub poniedziałki - jego nieobecność w DS. nr 3 trwała 2 dni. Po powrocie z Malborka nie zwykł snuć opowieści o sukcesach i imprezach, lecz bywał zmęczony lub też udawał takiego. Zdejmował marynarkę, wieszał ją na krześle, poluzowywał krawat i kładł się na łóżku. Zaczepiany przez kolegów od niechcenia snuł opowieści z "Malboro" lub przechodził na tematy polityczne również z kolegami z innych pokojów np. z Włodkiem Z. lub Tadeuszem S. , z którymi bliżej się przyjaźnił.
Na starszych latach studiów zagęszczenie w pokojach stawało się mniejsze, a ci na poddaszu mieszkali nawet po dwóch. Wtedy już o wspólnym zamieszkaniu decydowała obrana specjalizacja zawodowa. Heniek wybrał drogi i lotniska. W tamtych latach absolwenci BL trafiali głównie do przedsiębiorstw wykonawczych, administracji, biur projektowych jako stażyści.
    Heniek był wybrańcem, bo został zatrudniony w administracji wojskowej 17-go TOL w Gdańsku i to na stanowisku INSPEKTORA nadzoru. Stąd pierwsze lata pracy zawodowej Heńka i kilku koleżanek i kolegów drogowców wiążą się z remontami i modernizacją lotnisk na Wybrzeżu Gdańskim i Szczecińskim. ON - inspektor nadzoru z ramienia 17-go TOL - oni inżynierowie przedsiębiorstw drogowych.
Włodek Z. współpracował z Heńkiem przy modernizacji lotniska w Świdwinie i w jego towarzystwie uczęszczał do klubu oficerskiego na zakrapiane kolacje i bilard. Innych rozrywek na tzw. "zielonym poligonie" raczej nie było.
Pod koniec 1963 r. Heniek rozstał się z wojskiem, grupą kolegów drogowców i wyjechał na drugi koniec Polski. Czekało na niego stanowisko dyrektorskie w przedsiębiorstwie drogowym. Z Dolnym Śląskiem związał się na kilkanaście lat, bo oprócz Wałbrzycha piastował podobne stanowisko w Świdnicy.
    Kontakty z kolegami z roku miały miejsce raczej tylko w trakcie zjazdów absolwentów.
W latach 70-tych objął stanowisko kierownicze w Zjednoczeniu Energetyki w Warszawie i tam też dostał 2-pokojowe mieszkanie na Bemowie - Jelonki Zachodnie. Od tego momentu częściej odwiedzał Malbork i Gdańsk oraz uczestniczył w zjazdach i spotkaniach koleżeńskich zarówno z absolwentami liceum i studiów. Poza zjazdami spotkanie koleżeńskie też bywały już częstsze u niego na Bemowie. Odwiedziny włącznie z nocowanie wspomina Tadeusz z Koszalina, a w roku 1982 gościł Ludwika Hapkę.
Pod koniec lat 70-tych Heniek uczestniczy w znaczącym kontrakcie budowlanym w ZSRR w rejonie Charkowa. Tam dopada go pierwszy zawał serca i musi wrócić do Warszawy.
    Po drugim zawale przechodzi na rentę zdrowotną. Po rekonwalescencji daje się namówić na pracę ponownie na Dolnym Śląsku i po jej zakończeniu przechodzi na emeryturę. Ulubionym miejscem wypoczynku i "reperowania" zdrowia były prawie co roczne wyjazdy wspólnie ze "swoją panią" do sanatorium w Druskiennikach na Litwie. Dobrze zorientowani twierdzą, że takich turnusów było chyba 15-cie. Na wspólne lub podobne wyjazdy do Druskiennik dał się namówić również Włodek Z. z żoną. Od roku 2000 zaliczył ich jednak tylko 8.
    Od tego czasu zaczęły się też nasze wspólne spotkanie w Domu Handlowym "Manhattan" w centrum Wrzeszcza. Heniek przyjeżdżając z Warszawy zatrzymywał się u swojej siostrzenicy na ul. Kartuskiej i stamtąd robił wypady do Malborka na spotkania koleżeńskie i grób ojca, umawiał się na kolejne spotkania z Włodziem i ze mną - ostatnie chyba w roku 2007.
Heniek urodził się 8 maja 1931 r. w Galicji koło Równego, zmarł 8 czerwca 2008 r. po ciężkiej chorobie w Warszawie.
Pochowany został w Gdańsku na Cmentarzu Łostowickim.

 

Wspomnienia zebrał i uzupełnił Lucek P.
Gdańsk, marzec 2010 r.

 


 

Miejsce pochówku: Gdańsk, Cmentarz Łostowicki - kwatera 71, rząd 46, grób 1.

 


 

Powrót na górę

Kaziu Skowroński

 

Zmarł 11 grudnia 1987 r.

   

    Kazio był z Tczewa. Razem z Wojtkiem dojeżdżali z Tczewa jakiś czas codziennie, a potem "opiekowali" się bardzo uroczym mieszkaniem w Gdańsku przy ulicy Piwnej, na poddaszu. Obaj stanowili charakterystyczną parę jak Wicek i Wacek z powojennych polskich komiksów. Jeden wysoki, a drugi niski i korpulentny.

W mieszkaniu na gdańskiej starówce spędziłem z nimi wiele godzin przy projektach i innych rozrywkach. Z okien ich mieszkania podglądaliśmy modelki pozujące artystom lub studentom z Akademii Sztuk Pięknych, mieszczącej się w Zbrojowni naprzeciwko. Po jakimś piwie targaliśmy po Piwnej kamienne kule wielkości 1, 5 m z rzeźb czy portali przygotowane do montażu. Kolegowałem się z Kaziem chyba od drugiego roku studiów.

Na zajęciach wojskowych staliśmy obok siebie na końcu plutonu, jako te Szwejki. No nie sami, jeszcze byli tam koło nas też Jasio Wendykowski i Jurek Brzózy. Razem tez chodziliśmy na lektorat z angielskiego. Mgr Dębińska musiała nam postawić kilka dwój, aż pod groźbą nie zaliczenia musieliśmy się wziąć do roboty. Potem była bardzo zachwycona Kaziem gdy ten postanowił zabrać się za języki obce i zmuszał mnie do kucia, a sam zaczął dostawać piątki.

Po ukończeniu studiów, nieco ponad rok, pracował w wykonawstwie budów lanym jako kierownik odcinka robót. W latach 1962 - 1975 był architektem powiatowym w Sztumie. Po ukończeniu studium podyplomowego na Uniwersytecie Gdańskim, w zakresie zarządzania, co zbiegło się z likwidacją powiatów, przeszedł do pracy do Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku. Pełnił tutaj szereg kierowniczych funkcji. W okresie 78-84 był naczelnikiem Działu Nadzoru Urbanistyczno - Budowlanego w Zarządzie Gospodarki Przestrzennej, a później kierownikiem działu w Wydziale Architektury i Nadzoru Budowlanego.

Pracowaliśmy na odległych krańcach Polski i mimo sporadycznych spotkań wiem, że był cenionym pracownikiem. Za prace otrzymał szereg odznaczeń państwowych, resortowych i regionalnych. Posiadał wysokie kwalifikacje zawodowe zarówno w zakresie nadzoru urbanistyczno - architektonicznego jak i zagadnień techniczno - budowlanych, poparte tak ważną w Jego pracy - wiedzą prawniczą.

Zmarł nagle 11 grudnia 1987 roku w Gdańsku mając niespełna 50 lat.

 

Lech

Powrót na górę

Marek Szumiel

 

Zmarł 5 marca 2012 r. w Łodzi po ciężkiej nieuleczalnej chorobie.

 

    Urodził się 12 lutego 1938 r w Warszawie. Matka Janina Wanda z domu Świątecka (1900-1965) była artystką malarką. Ojciec Stefan Michał Grzegorz (1893-1980) mjr lotnictwa W.P., a później mjr RAF-u. We wrześniu 1939 na rozkaz władz lotniczych wyjechał z Polski był w Anglii szefem wywiadu lotniczego przy sztabie Naczelnego Wodza gen. Wł. Sikorskiego. Do polski wrócił w sierpniu 1947 r gdy Marek miał już 9 lat.

    W czasie wojny Marek z matką i siostrą Halszką Bożeną Danutą (ur. 5 maja 1925) mieszkał w Warszawie. Siostra należała do AK, w czasie powstania była łączniczka na Czerniakowie (pseud. Bożena). W dniu 28 sierpnia 1944 wyszła na akcje i już nie wróciła. Rodzice całe dalsze życie poświecili na jej poszukiwanie. Marek dorastał w atmosferze smutku i rozpaczy. W 1945 matka z Markiem przeniosła się do Łodzi i pracowała na Uniwersytecie Łódzkim prowadzać sekretariat Wydziału Biologii.

W Łodzi Marek ukończył szkołę podstawową oraz Liceum Nr 1 im. M. Kopernika.

W 1962 uzyskał dyplom i tytuł mgr inżyniera budownictwa lądowego na Politechnice Gdańskiej.

    Pracę zawodową rozpoczął w 1963 r. w Łódzkim Przeds. Budownictwa Przemysłowego nr 2 jako inżynier budowy ZPO w Poddębicach, następnie pracował w L.P.B Przem. Nr 1 w dziele przygotowania produkcji, później kierownik robót na budowie Katedry Techniki Cieplnej Politechniki Łódzkiej oraz na budowie budynków mieszkalnych metodą ślizgową.

W 1966 r. ożenił się i dorobił się czterech córek.

W maju 1968 uzyskał uprawnienia budowlane do kierowania robotami budowlanymi w specjalności konstrukcyjno-inżynieryjnej.

Jesienią 1968 chciał przenieść się na Wybrzeże i podjął pracę w Gdańskim Przeds. Bud. Przemysłowego na stanowisku kierownika robót budowy bazy remontu kutrów rybackich w Łebie. W związku z trudnością uzyskania mieszkania w 1969 wrócił do Łodzi i podjął pracę w Wojew. Biurze Projektów Budownictwa Wiejskiego AGROPJEKT jako st. asystent projektanta, potem w Biurze Projektowo-Technologicznym Przemysłu Maszyn Włókienniczych jako st. asystent i projektant.

W 1972 rozszerzył uprawnienia budowlane do sporządzania projektów w specjalności konstrukcyjno-inżynierskiej w zakresie wszelkich obiektów budowlanych budownictwa powszechnego i przemysłowego.

Od 1973 pracował w Biurze Projektów Kolejowych w Łodzi jako projektant konstrukcji budowlanych i wykonał m.in. takie projekty techniczne jak: przebudowa pałacu w Skoczowie, budowa szklarni w Niezwanicach, budowa filtrów dla Befamy i ośrodka ETO w Bielsku Białej, budynek adm.-socjalny dla Dolnośl. Fabr. Krosien w Dzierżoniowie, rozbudowa DEFAMY w Kamiennej Górze, budynek wczasowy w Mrzeżynie, rozbudowa zajezdni przy ul. Pożarowej w Warszawie, budynek adm.-usługowy na stacji Piotrków Tryb., kompleks budynków produkcyjnych dla Trójbazy w Łodzi-Olechowie.

W latach 1976-1979 w Biurze Projektowania i Realizacji Inwestycji CHEMITEX w Łodzi, jako specjalista ds. nadzoru przy budowie fabryki kosmetyków Pollena-Ewa, a nastepnie na budowie huty szkła w Czechach k/Garwolina woj. siedleckie.

W 1980 r podjął pracę w Łódzkim Kombinacie budowlanym „Północ” jako specjalista d/s koordynacji montażu, pracował na budowach w Łodzi, Pabianicach, Zgierzu jako kierownik zespołu montaży.

W 1981 wygrał konkurs na stanowisko szefa działu technicznego Uniwersytetu Łódzkiego i prowadził remonty w akademikach i budynkach uniwersyteckich. W stanie wojennym naraził się władzom uniwersyteckim odmawiając udziału w walce przeciw walczącym studentom. Powiedział rektorowi, że nie będzie represjonował walczących studentów, że on też należy do Solidarności. Zwolniono go z pracy natychmiastowo, w wydanej opinii powołano się na art. 98 par. 5 Kodeksu Pracy, napisano, że z powierzonych obowiązków nie wywiązywał się należycie. Nie odwoływał się i podjął pracę jako taksówkarz.

W 1991 został biegłym sadowym przy sądzie okręgowym w Łodzi, jednocześnie wykonywał różne prace inżynierskie na umowę zlecenie.

    Od lipca 1994 prowadził jednoosobową działalność gospodarczą, wykonywał kosztorysy i nadzory budowlane. W latach 1994-95 był kierownikiem budowy przy wymianie stropów w hotelu Grand w Łodzi, latem 1995 nadzorował remonty w 4-ch szkołach.

Z końcem 1996 zawiesił działalność gospodarczą. Nadal wykonywał obowiązki biegłego sądowego.

Od 1998 zatrudniony był w firmie „Budotech” w Zgierzu jako projektant i kierownik robót, do 2002 r. włącznie. Potem wykonywał dla tej firmy różne prace zlecone.

    Od 1 marca 2003 był na emeryturze. Przez cale swoje zżycie swoją pracę wykonywał rzetelnie i zgodnie z etyką zawodową. Cieszył się szacunkiem wśród kolegów, którzy dawali temu wyraz przychodząc niejednokrotnie do Niego po porady. Nikomu nie odmówił pomocy. Zawsze był pełen energii i chęci do działalności.

Pracując w Łódzkim Kombinacie Budowlanym „Północ” był twórcą projektów racjonalizatorskich:

  • Stałe puszki przy obrzeżach form do produkcji stropów i podestów piętrowych na linii potokowej systemu WK-70 dla przejść instalacyjnych (św. racjon. 12/80).
  • Barierka BHP zabezpieczająca otwór między elementami wentylacyjnymi w łazience w bud. systemu WK-70 (św. racjon. nr 17/80)
  • Rozwiązanie mocowania ścian działowych prefabrykowanych do ścian przy wykorzystaniu zbrojenia obwodowego w ścianie w syst. WK-70 i OWT-67 (św. racjon. nr 13/80)
  • oraz współtwórcą: „Projekt nowego złącza pionowego ścian zewnętrznych” (św. racjon. nr 9/80).

Oddawał się z pasją swojemu hobby jakim był tenis. Uprawiał go już od szkoły podstawowej. Na osiedlu, na którym mieszkał, działając w Zarządzie Spółdzielni Mieszkaniowej pobudowali 3 podwójne korty tenisowe, na których prowadził dla dzieci i młodzieży szkółkę tenisową. Innym Jego hobby była gra na trąbce. Zaraz po studiach uczył się 2 lata w szkole muzycznej. Do Jego ulubionych zajęć należał też brydż sportowy. Brał udział w licznych turniejach zdobywając dyplomy i nagrody. Od 1970 r. był sędzią klubowym w łódzkim PZBS-ie. Uczył córki gry w tenisa i rysunków, sam też rysował, przeważnie obiekty kościelne. Będąc na emeryturze bardzo zajął się komputerem, udoskonalał go i zmieniał. Lubił oglądać telewizje. W końcu gdy brakowało mu czasu, nagrywał w dzień a w nocy oglądał.

Niestety, mimo ogromnego hartu ducha, nieuleczalna szybko posuwająca się choroba przerwała Jego życie.

Mgr inż. Marek Maciej Jacek Szumiel zmarł 5 marca 2012 r. w Łodzi po ciężkiej nieuleczalnej chorobie.

Pogrzeb odbył się 9 marca 2012 r. w Warszawie na cmentarzu na Powązkach, gdzie spoczywa w rodzinnym grobowcu.

 

Irena Szumiel

Wiesław Zbrojewicz

 


 

Miejsce pochówku: Warszawa, Cmentarz Powązki - kwatera 11, rząd 4, miejsce 15-16.

 


 

Powrót na górę

Zenobia Szydłowska

 

Zmarła 26 września 2007 r.

 

    Kiedy zostałam poproszona o napisanie krótkiego wspomnienia o mojej Mamie - Zenobii Szydłowskiej-Truskowskiej, zrobiło mi się bardzo przyjemnie. "Napisz o dokonaniach Mamy" - usłyszałam. Ponieważ miałam tylko ogólne pojęcie o Jej pracy, najpierw zabrałam się do poszukiwań różnych, związanych z nią dokumentów. Nie znalazłam wiele - Mama od dawna była najpierw na rencie a potem na emeryturze. Później poprosiłam o pomoc wieloletnią przyjaciółkę Mamy. Uzyskanymi od Niej informacjami uzupełniłam to, co sama zapamiętałam z różnych opowiadań Mamy. Powstałemu w ten sposób obrazowi "dokonań" brakowało jednak czegoś bardzo ważnego. Był zbyt płaski, zbyt płytki. Bo żeby naprawdę zrozumieć jakim Mama była człowiekiem trzeba sięgnąć nieco głębiej w przeszłość i znacznie dalej niż tylko w Jej życie zawodowe.
    Więc od początku... Moja Mama urodziła się 24 kwietnia 1937 r. w Osiecznie - miejscowości niewielkiej ale urokliwej i pięknie położonej wśród lasów Kociewia. Wraz ze swymi Rodzicami i dwojgiem braci mieszkali w małym, parterowym domku, sąsiadującym "przez płot" z domem moich Pradziadków. We wsi nie brakowało też tzw. "dalszej" Rodziny a i pozostali mieszkańcy, choć zapewne - jak to zwykle bywa - prezentowali zróżnicowany zestaw osobowości, jako Pomorzacy na ogół nie pozbawieni byli tak ważnych w udanym sąsiedztwie cech jak solidność, pracowitość i uczciwość. W tak miłej scenerii dzieciństwo mojej Mamy powinno być "sielskie i anielskie", niestety - wkrótce wybuchła wojna. Dziadek - oficer Policji otrzymał rozkaz udania się pod wschodnią granicę. Rozkaz wykonał i... nigdy już do rodziny nie wrócił. Jak się później okazało zginął z rąk naszych wschodnich "przyjaciół" i wraz z innymi ofiarami został pochowany w jednej ze zbiorowych mogił w Miednoje. Kolejni okupanci zgodnie upodobali sobie domek Babci i zajęli go na swoją kwaterę. Niemcy pozwolili jego prawowitym mieszkańcom pozostać w jednym z pomieszczeń. Rosjanie - choć "stacjonowali" dużo krócej, nie byli jednak tak "uprzejmi". To wojenna tułaczka "o chłodzie" była źródłem późniejszej choroby Mamy.
    Kiedy wojna się skończyła Mama miała 8 lat i wkrótce poszła do szkoły. Z różnych opowieści dotyczących tego okresu jasno wynikało, że Mama doceniała wartość nauki a nawet (choć do szkoły było parę kilometrów a i domowych obowiązków nie brakowało) lubiła się uczyć. Pewnie dlatego zdecydowała się wyjechać do szkoły średniej do Tczewa a potem na studia do Gdańska. Ten studencki okres w życiu Mamy znacie Państwo pewnie dużo lepiej niż ja... Po ukończeniu studiów Mama zdecydowała się przyjąć pracę w Koszalinie. Swą zawodową karierę rozpoczęła od DBORu (Dyrekcja Budowy Osiedli Robotniczych). Zajmowała się tam przygotowywaniem dokumentacji inwestycji budowlanych, sprawdzaniem ich zgodności z obowiązującymi normami i wydawaniem pozwoleń na budowę. Dla mnie najważniejsze jednak było, że poznała tam swojego przyszłego męża a mojego Tatę - Waldemara Truskowskiego. W 1965 lub 66 roku Mama przeszła do Wojewódzkiego Zrzeszenia Gospodarki Komunalnej, gdzie została kierownikiem działu Inwestycji Komunalnych. Do inwestycji tych należały m.in ujęcia wody, czy budowa dróg w Koszalinie. Dział, którym kierowała Mama zajmował się nimi na różnych etapach wdrażania - od sprawdzenia planów, przez uzgodnienie ich realizacji z Wojewódzką Radą Narodową, nadzór nad wykonaniem tych planów inwestycyjnych, które uzyskały akceptację Ministerstwa, aż do sporządzenia sprawozdania z ich wykonania. Mama pracowała z zaangażowaniem, wyznawała zasadę : „"cokolwiek robisz, rób dobrze".
    Pamiętam jak opowiadała, że razem z koleżankami z działu nieraz zostawały "„po godzinach", bo pracy było dużo a czasu na jej wykonanie często zbyt mało. Trudno powiedzieć, w realizacji których konkretnie inwestycji w Koszalinie miała udział, miło jednak pomyśleć, że przyczyniła się do wzrostu i funkcjonowania naszego miasta Jak już wspomniałam kariera "zawodowa mojej Mamy trwała raczej krótko (około 9 lat). Nabyty podczas wojennych lat reumatyzm doprowadził u Niej do rozwoju choroby serca, która ostatecznie uniemożliwiła Jej dalszą pracę zawodową.
    Dla mnie jednak „"dokonania" mojej Mamy wcale się nie skończyły. Wręcz przeciwnie - dzięki temu, że przeszła na rentę mogła więcej czasu poświęcić życiu rodzinnemu. Zawsze miała dla mnie czas. Wpoiła mi wartości, którymi do dzisiaj się kieruję, w tym wiarę w Boga i szacunek dla drugiego człowieka (uważała, że szacunek taki, a nie bogactwo czy wysoka pozycja społeczna jest miarą wartości człowieka). Była ciekawa świata i otwarta na ludzi. Sama dużo czytała i mnie nauczyła kochać książki. Nie pozwalała zwodzić się pozorom lecz zawsze starała się dotrzeć do istoty danej sprawy czy zjawiska. Była wspaniałą Mamą i dobrym człowiekiem. Zmarła 26 września 2007 roku. Będzie mi jej bardzo brakować.

 

Ewa Truskowska

córka Zenobii

Powrót na górę

Piotrek Świercz

 

Zmarł 1 grudnia 1990 r.

 

    Dostaliśmy miejsce w tym samym pokoju w akademiku i polubiłem Piotrka od samego początku. Dużo rozmawialiśmy. Opowiadał o swoim ojcu, o całej rodzinie. Poznałem potem wszystkich, gdy zaprosił mnie do Mokoszyna. Ojciec, Pan Wacław, był dla Piotrka wzorem absolutnym. Naśladował go i uczył się wszystkiego od ojca. Umiał zabić cielaka, "rozebrać", zrobić wędliny, uwędzić. Uważał, że robi najlepszą kaszankę na świecie. Umiał naprawić stodołę, postawić ogrodzenie, zrobić kręgi betonowe i pustaki. Umiał z dwóch niesprawnych, starych dżipów złożyć jeden sprawny samochód, którym zabrał mnie do pięknej sąsiadki, na oczach której w szoferskim debiucie przewróciłem ogrodzenie. Ale Piotrek umiał naprawić ogrodzenie.
    Urodził się nad Wisłą i zawsze chciał być mostowcem. Przed przyjazdem na studia do Gdańska był już dwa lata pisarzem na budowach mostowych.
Studia różnie mu szły, ale ukończył specjalizacje mostową. Pracę podjął w kieleckich mostach i szybko otrzymał samodzielną budowę - budowę mostu na Wiśle w Niepołomicach. Był na tej budowie dozorcą, magazynierem, cieślą, betoniarzem, majstrem i wreszcie kierownikiem. Ratował dobytek budowy przy wysokiej wodzie, aby później montować szalunek podpory i nadganiać stracony czas. W tym samym czasie budował wiadukt w Szarowie, na magistrali kolejowej Kraków - Medyka.
    Za honor poczytywał sobie tak układać harmonogram prac, by ograniczenia w ruchu pociągów były minimalne. Dotrzymywał każdego zobowiązania. Był szczęśliwy, realizował swoje marzenie. Poświęcił tej pracy wszystko, nawet swoje małżeństwo. Wybudował ten most dla ludzi z obydwu brzegów Wisły. Był to i Jego most, bo chciał mieć swój most. Wybudował też bazę dla drogownictwa w Bochni. Postawił ją z niczego i wbrew wszystkim. Był gospodarzem z urodzenia i potrafił dbać o obejście jak rzadko kto. Pokazał to tutaj w Bochni.
    Czuło się dumę z tego dzieła, gdy opowiadał mam o tej pracy, w czasie godzin atlantyckiej żeglugi. Było też w tej opowieści zdziwienie i żal, że żarliwość i bezinteresowność spotyka się niekiedy z tak dużą niechęcią przełożonych. Popłynęliśmy na Stację Antarktyczną im. H. Arctowskiego z poważnym programem budowlanym. Piotrek był filarem grupy. Znał robotę, pracował bez wytchnienia, był niezawodny. Pod koniec wyprawy, w czasie silnej wichury został uderzony blatem szalunkowym. Połamało mu żebra. Miał jakąś dziwną pretensję do siebie. Nie pozwolił sobie wytłumaczyć, że to był zwykły wypadek. Bardzo sobie jednak cenił udział w tej wyprawie.
    Zupełnie nie umiał zadbać o swoje własne, prywatne sprawy. Miał czas dla wszystkich, tylko nie dla siebie. Rozpoczął budowę domu na ojcowiźnie i nie mógł jej zakończyć. Pomagał rodzinom internowanych w stanie wojennym. Znowu zaangażował się bez reszty, nie liczył czasu ani pieniędzy. Był za to szykanowany, w końcu zwolniono go z pracy. Nie umiał się pogodzić z niesprawiedliwością. Dochodził swoich praw w sądzie. Wygrał ale szykanowany był nadal. Nie można Go było nakłonić, żeby rzucił to wszystko i zabrał się do pracy w nowym otoczeniu. Dla Piotrka najważniejsza była prawda.

    Zawsze silny jak tur, zaczął tracić siły. Początkowo myślał, że to skutek kontuzji odniesionej na Antarktydzie. W końcu trafił na krakowską onkologię. Długo chorował. Równocześnie budował dom w Niepołomicach. Przez każdą przerwę w leczeniu szpitalnym trochę podganiał robotę. Pracował znacznie wolniej, ale sam i powtarzał: - "jak Bozia da to w przyszłym roku". Bardzo już chory pojechał do senackiej komisji po zadośćuczynienie, symboliczne uznanie swoich racji. Nie doczekał tej satysfakcji.
    Byliśmy razem gdy umierał. Nie cierpiał. Kazał się pochować w Niepołomicach. Na nagrobku chciał mieć witraż ze znakiem stacji polarnej.

 

Lech

Powrót na górę

Witold Wojnowski

 

Zmarł 14 kwietnia 2006 r.

 

    Witek wart był tego, żeby o nim nie zapomnieć. Ciśnie się wiele wspomnień, które łatwo przychodzą do głowy.

Pierwsze lata swojej aktywności zawodowej spędził w "bydgoskiej przemysłówce". W drugiej połowie lat sześćdziesiątych przyjechał do Gdańska, gdzie wcześniej studiował i skąd pochodziła Jego żona i rozpoczął pracę w "gdyńskiej przemysłówce". Pierwszym Jego zadaniem było kierowanie budową 27-mio komorowych silosów zbożowych z obiektami towarzyszącymi w Lęborku. Była ta pierwsza, realizowana metodą ślizgową, taka inwestycja na Wybrzeżu. Witek z chwilą ruszenia ślizgu nie opuszczał budowy, bojąc się, że jakiekolwiek zaniedbanie spowoduje nieobliczalne skutki. Pamiętamy, że wtedy beton wyrabiano w zwykłych betoniarkach na budowie i mogły być dziesiątki przyczyn przerwania procesu betonownia co było niedopuszczalne. Budowa ta mocno utkwiła Mu w pamięci, tak, że zawsze ją wspominał. Kiedy później jechaliśmy gdziekolwiek samochodem na delegację, gdy Witek zobaczył po drodze budowę silosów, musieliśmy zboczyć z drogi, zatrzymać się, a On musiał wymienić się doświadczeniami, nawet z dozorcą jeżeli taki tylko tam był.

    Następnie Witkowi powierzono opiekę nad szczególnie wtedy priorytetową, zlokalizowaną w bardzo niekorzystnych warunkach gruntowych, budową fabryki domów w Gdańsku - Kokoszkach. Systematycznie koordynował dopływ niezbędnej dokumentacji i materiałów budowlanych. Był wyjątkowo skuteczny w mobilizowaniu wszystkich służb przedsiębiorstwa, żeby terminowo zakończyć budowę. W latach 78-79 Witek kierował budową cementowni w Prachowicach w Czechosłowacji. Najbardziej Witek utkwił nam w pamięci jako główny specjalista przygotowania produkcji. Odznaczał się wyjątkowo analitycznym rozumowaniem. Był bardzo dociekliwy i przewidujący.

    Będąc doświadczonym fachowcem w wykonawstwie, potrafił, wydawałoby się dobrze przygotowaną przez specjalistów i prawników umowę z inwestorem o roboty, kilkakrotnie poprawiać, proponując coraz korzystniejsze zapisy. Zawsze okazywały się one później w realizacji ważne i niezbędne. Był dobrym konstruktorem. Podczas weryfikacji otrzymanych do realizacji projektów w szybki sposób wyłapywał wszystkie wady i braki. Miał po kilkanaście lat zaległego urlopu, który mu przepadał. Dla Witka nie istniał czas normowany, był do dyspozycji na drugą zmianę i w niedziele i w święta. Pomagał wtedy kolegom mającym problemy techniczne tzw. "kłopoty" na budowach.

    Wituś był uroczym człowiekiem. Cechą ludzi nieprzeciętnych jest roztargnienie i takim był Witek. Na przykład przyjeżdżając do pracy samochodem, wracał do domu kolejką, albo prowadząc negocjacje z inwestorem wychodził z pokoju, zajmował się czymś innym i zapominał o gościach, albo grając w brydża, nigdy nie pamiętał kto rozdaje karty, zawsze chciał sam rozdawać. Z tej ułomności sam się śmiał. Był znawcą kuchni i smakoszem, gdy w restauracji brać zamawiała schabowego z kapustą lub golonkę, On zamawiał coś oryginalnego np. karpia w sosie piwnym. Chętnie dzielił się przepisami kulinarnymi na wykwintne potrawy. Jego hobby to było łowienie ryb w Gowidlinie ze swojej składanej maciupeńkiej łódeczki tzw. Stenki którą woził w swoim Trabancie. Miał znakomite poczucie humoru, lubił sobie celnie pożartować z "towarzyszy". Jak nieraz wspominał życie Go w dzieciństwie i młodości nie rozpieszczało. Myślimy, że od życia dostał mniej, aniżeli sobie zasłużył. Jesienią 1988 roku podążył, z chorą żoną, za swoimi dziećmi do Niemiec. Na pewno Mu brakowało nas, a nam Jego. Wrócił na cmentarz w Gdańsku w 2006 roku.

 

***

 

    Witka spotkałem w Gdyni pod koniec lat 60-tych w tutejszej Przemysłówce. On dotarł tu z przemysłówek bydgoskich ja z budów cementowni. Witek kończył silosy w Lęborku ja trafiłem na przygotowanie dużej budowy w Ilmenau. Po roku zamieniliśmy się rolami. Witek po skończeniu Lęborka ściągnięty został do Gdyni do przygotowania produkcji mnie natomiast wypchnięto na budowę Fabryki Domów w Kokoszkach - budowy jak większość inwestycji resortowych totalnie nieprzygotowanej. Witkowi powierzono opiekę nad tą budową. Systematycznie koordynował dopływ niezbędnej dokumentacji i zaopatrzenie w reglamentowane materiały. Mimo napięć towarzyszących tego typu priorytetom Witek potrafił swoimi postępowaniem zmobilizować wszystkie służby przedsiębiorstwa. Potrafił mobilizować również nas na budowie często zrezygnowanych walką z opóźnieniami, brakami i wyjątkowo trudnym gruntem. Nie zapomnę nigdy Witka gdy po powrocie ze stawianej nam za wzór analogicznej Fabryki w Bydgoszczy płomiennie przekonywał nas, że będziemy pierwsi i że jesteśmy lepsi. Mimo wrodzonej delikatności (na warunki budowy wręcz subtelności) był wyjątkowo skuteczny. Jako pracownik dyrekcji mógł jak pozostali ograniczyć się do ustawowych 8 godzin, dzielił jednak z nami i drugie zmiany i niedziele na budowie. Z Przemysłówki odszedłem w roku 1975. Witek pozostał Jej wierny do czasu wyjazdu do Niemiec. Ponieważ wiele lat spędziłem na budowach w Niemczech szukałem tam Witka by ściągnąć go na nasze Zjazdy. Niestety mimo moich i mojej rodziny starań nie udało mi zrewanżować się Witkowi za wsparcie którego udzielił mi na mojej najtrudniejszej budowie. Nie zdążyłem - ogromnie żałuję.

 

 

Przyjaciele z "gdyńskiej przemysłówki"

Powrót na górę

Terenia Żubka

 

   

Odeszła od nas 9 grudnia 2012 roku, po długiej, prawie dwudziestoletniej, walce z chorobą.

 

    Pierwsze spotkania moje z nią to wizyty, a nawet „pomieszkiwania”, po kilka dni w DS. 15, u koleżanek z Komunikacji w pokoju 422. Mieszkały w piątkę: Irena, Gienia Lidka, Zdzicha i Tereska. Pięć łóżek, w tym dwa piętrowe, duży stół, szafa olbrzymia – odsunięta trochę od ściany pokoju, bo na jej tylnej ścianie wisiały wędzone boczki Zdzichy Borzuchowskiej. Jej ojciec, kolejarz, służbowe podróże na trasie z Mławy do Gdańska wykorzystywał również na dostawę żywności córce do akademika. Jak już nie było w pokoju nic do jedzenia, brało się nóż, wchodziło za szafę i odcinało kawałek boczku. Nie słyszałam żeby Zdzisia protestowała. Na wszelki wypadek robiłyśmy to pod jej nieobecność.

    Tereska zawsze po otrzymaniu stypendium wybierała się na większe zakupy odzieżowe, które po powrocie do pokoju chowała pod poduszkę, w łóżku na piętrze. Dopiero po latach, w czasie naszej wspólnej pracy na lotnisku w Świdwinie, gdzie mieszkałyśmy we wspólnym wynajętym pokoju, w wieczornej porze szczerości Tereska zapytała: czy wiesz dlaczego ja wszystko chowałam w akademiku pod poduszkę? I nie czekając na odpowiedź kontynuowała: bo wiesz ja myślałam, że mi to ktoś pohwie (porwie), bo u mnie w domu jak matka kupiła któremuś z nas coś z ubioru czy obuwia to ten kto rano wstał pierwszy „porywał” to, ubierał i uciekał do szkoły.

    Biedne więc było Tereski dzieciństwo w Sępólnie i coś z niego, w jej charakterze, pozostało. Matka Balbina, Tereski macocha wychowywała swoją dwójkę dzieci i trójkę dzieci męża z jego dwu poprzednich małżeństw. Najstarsza przyrodnia siostra Tereski była dziewięć lat starsza od niej. Po śmierci jej matki ojciec ożenił się powtórnie. Urodziły się dwie córki: Marta i Teresa. Chyba 1940 roku matka Tereski zmarła na tyfus. Czteroletnią Martą i kilkunastomiesięczną Tereską zaopiekowała się sąsiadka, z którą ojciec Tereski, po jakimś czasie się ożenił. Urodziły się następne dzieci: Agnieszka i Jan. W chwili gdy Hitler uznał, że i ci niepewni obywatele Rzeszy, którym odgórnie przypisał którąś tam grupę narodowościową, nadają się na mięso armatnie, w ostatnich chwilach wojny powołano ojca piątki małych dzieci do wojska niemieckiego. Koniec wojny zastał ojca Tereski w Bydgoszczy, gdzie pilnował transportu wojskowego. Tam go po raz ostatni widział sąsiad, też żołnierz tego zaciągu, który uciekając, namawiał go też do ucieczki – kule żołnierzy Armii Czerwonej gwizdały im już nad głowami. Sąsiad uciekł i wrócił do domu, „Żubek” nie. Matka została sama z piątką małych dzieci. Była dobrą matką całej piątki. Traktowała je wszystkie jednakowo. Biedę dzieliła równo. O losie ojca dzieci dowiedziały się mało i przypadkowo. W latach, chyba już osiemdziesiątych, ktoś zapukał do drzwi ich domu rodzinnego. W domu były tylko dzieci Agnieszki, siostry Tereski. Pani, która pukała szukała Balbiny Żubki. Dzieci powiedziały, że babcia nie żyje a rodzice są w pracy. To trudno rzekła. Przekazuję co obiecałam waszemu dziadkowi. Pochodzę z Sępólna, w czasie wojny byłam pielęgniarką w szpitalu wojskowym. Rosjanie wywieźli mnie do obozu aż za Ural. Przechodząc kiedyś przez plac w obozie zobaczyłam leżącego pod płotem, spuchniętego z głodu, człowieka. On mnie poznał. To był wasz dziadek. Prosił, że jeśli kiedyś wrócę do domu, abym przekazała waszej babci jak umarł. Ja mieszkam teraz w Niemczech. W Polsce jestem teraz na wycieczce. Jadę dalej, przez Chojnice, do Gdańska. Siostra Tereski, po powrocie z pracy „przeczesała” całe Sępólno, ale po wycieczce nie było już śladu. Tyle o dzieciństwie.

    W akademiku niektóre koleżanki uważały Tereskę za „sobka”. Teraz wiem, że mając tylko stypendium nie bardzo miała się czym dzielić. Zresztą nawet chyba nie wiedziała, że można się podzielić. Na początku też, koleżanki z pokoju kryły się przed Tereską ze swoimi sympatiami. Ile razy któraś umówiła się z chłopakiem, wiadomo było, że Tereska go jej odbije. Tak się sprawdzała.

    Tereska jako jedyna z dziewcząt skończyła kolejnictwo, ale całe życie zawodowe przepracowała w drogownictwie. I to w jednym przedsiębiorstwie. Od pierwszego dnia stażu aż po emeryturę – w Gdańskim Przedsiębiorstwie Robót Drogowych. Nazwa firmy czasem się zmieniała; Tereska nie. Zaczynała od lotnisk: Orneta, Świdwin, Malbork – to była straszna harówka. Od godz. 500 do 2100 całe pełne dwie zmiany każdego dnia. Później Kierownictwa w Elblągu i Toruniu. Budowa dróg w Tmimi w Libii. Po powrocie do kraju m. in. znów lotniska w Świdwinie i Mirosławcu i znów drogi. Na końcu Dyrekcja w Matarni.

    Chciałam z CV Tereski odtworzyć całe jej życie zawodowe, ale mimo usilnych starań nie dostałam jej dokumentów od rodziny. A było tego sporo!

    Tereska była systematyczna i dokładna w pracy i w życiu. Pracownicy fizyczni, jej podlegli, bardzo ją lubili. Dużo pomagała rodzinie. Szczególnie tej młodszej generacji. Nawet swoje odejście zaplanowała z wielką dokładnością. Zostawiła polecenia odnośnie pogrzebu i pochówku. Kazała się pochować w grobie macochy Balbiny – teraz już mają wspólny grobowiec, o który zatroszczyła się rodzina.

 

Obrazki z życia Tereski:

 

a) w akademiku:

 

  1. Duży stół w pokoju 422, obok rozsierdzona Tereska. Tłucze pięścią w ten stół i prawie krzyczy: „choleha, bhacie całkiem nohmalnie mówię to eh (r) a oni mnie przedrzeźniają. Tereska tak charakterystcznie „r” wymawiała, że początkowo wszystkie wołałyśmy na nią Teheska.
  2. Chyba od trzeciego roku studiów rozdzielono skład osobowy pokoju 422 i obniżono piętro zamieszkania. W dwuosobowym pokoju zamieszkały Tereska z Gienią. Po jakiejś sprzeczce doszły do wniosku że nie będą z sobą rozmawiać. W tym czasie gdy je odwiedzałam, a były obie w pokoju, stale słyszałam polecenia „powiedz Żubce…” i od tej drugiej „powiedz Jankowskiej…”. Trwało to chyba cały rok. Nie gniewały się, ale żadna nie chciała pierwsza przerwać milczenia.
  3. Kiedyś przed egzaminem z kolejnictwa u prof. Rubczaka Tereska „dorwała” notatki kogoś, kto już zdał, ale ucząc się do egzaminu bardzo się nudził i w notatkach z wykładów przerabiał nazwy urządzeń kolejowych dodając im przedrostki, przyrostki itp. otrzymywał słowa mało przyzwoite lub dwuznaczne. Między innymi górka rozrządowa otrzymała nazwę córki nierządowej. Tereska się uczyła (czytając głośno), koleżanki bawiły – przy okazji poprawiając nazwy, aby Tereska nie podpadła na egzaminie.

 

b/ w pracy:

 

  1. Tereska zawsze piła bardzo dużo wody. W lodówkach na budowach trzymała mnóstwo słoików z przegotowaną wodą (jej rodzona mama, podobno, tyfusu się nabawiła pijąc wodę prosto z pompy usytuowanej w pobliżu starego cmentarza). Tereska jako największą atrakcję Sępólna pokazywała mi pompę w centrum miasta, z której zawsze popijała wodę idąc do szkoły i wracając.
  2. W 1964 roku przebudowywałyśmy lotnisko w Malborku. W sklepach ukazały się też syfony na naboje. Można już było kupić je prywatnie, nie tylko na firmę. Tereska od razu kupiła i nie musiała już korzystać ze słoików. Kiedyś, w luźniejszej atmosferze, podczas nieobecności Tereski w biurze, koledzy zapakowali jej pusty syfon w duży karton, opakowali gazetami i wysłali pocztą, Teresce, na adres firmy. Kasjerka, w drodze z banku, odbierając również pocztę, przywiozła Teresce awizo na odbiór paczki. Na prośbę Tereski, nasz Kierownik bez protestu (pakował paczkę razem z innymi) dał jej służbowy pojazd i Tereska ubrawszy futro i kapelusz, pojechała, na odległą o 18 km od nas, pocztę. Z dumą niosła ogromną pakę, ale rozpakowała ją u siebie w pokoju. I żart się nie udał. Od tej chwili Tereska twierdziła, że ma dwa syfony własne: jeden kupiłam, drugi dostałam pocztą. Przy ostatecznym rozliczeniu budowy, koledzy musieli zapłacić w magazynie za jeden brakujący służbowy syfon.
  3. W którymś kujawskim miasteczku Tereska przebudowywała główną, dwukierunkową ulicę przelotową. Po przejęciu placu budowy, służby miejskie dla ułatwienia prac budowlanych, wieczorem tego dnia, w ulicy zmieniły ruch na jednokierunkowy, stawiając na jej wlocie i wylocie odpowiednie oznakowania. Następnego dnia rano Tereska, nie wiedząc o tym, wjechała z bocznej uliczki, w tę ulicę pod prąd. Kierowcy jadący prawidłowo z przeciwka, światłami i klaksonami dawali jej do zrozumienia, że jedzie nieprawidłowo. Tereska jedzie dalej, mija kolejne skrzyżowanie aż do momentu gdy zauważa stojącego na chodniku milicjanta. Podjeżdża do niego i nie dopuszczając go do głosu pyta: „panie władzo co ja takiego zbhoiłam, że kiehowcy mi mhugają i thąbią i zwhacają mi uwagę”. Ubawiony milicjant poinformował tylko w czym rzecz i pożegnał bez upomnienia i mandatu. Taka była siła jej charakterystycznego „r”.
  4. W momencie wykrycia choroby Tereska była Dyrektorem Grupy Robót w Matarni. Gdy już było wiadomo z czym trafiła do szpitala „naczalstwo” bezzwłocznie zamianowało na jej miejsce kogoś innego. Nie p.o., tylko na stałe. Po operacji i leczeniu Tereska stawiła się do pracy. Szefostwo orzekło: „dyrektorskiego stanowiska dla pani już nie mamy – jest obsadzone, a na zastępcę żaden z dyrektorów pani nie chce. Wystarczającą ilość lat pracy pani ma, wiek też – widzimy wyjście: emerytura. Tereska była przybita: tyle lat sumiennej pracy w jednej firmie, urlopy dzielone po kilka dni i nigdy w lecie, niewygody pracy w warunkach polowych i szkodliwych dla zdrowia itp. i taka zapłata. Czy warto było? Siedziała w domu, przeżywała porażkę i upokorzenie, skarżyła się niektórym. Po pięciu latach doczekała się nawrotu choroby. A później to już tylko cykliczne okresy zdrowienia i nawroty choroby. I tak do końca.

 

Kiedyś krążył po firmach taki wierszyk, który zaczynał się: Za pięć trzecia bierz kapotę…

Późniejsza treść mówiła, w niecenzuralnym języku, o lekceważeniu pracy i obowiązków a zakończenie brzmiało: tak dożyjesz starczej renty nigdy w dupę nie kopnięty.

Z tymi pracowitymi, jak widać, bywa odwrotnie.

 

Eulalia
Gdańsk, marzec 2014 r.

Powrót na górę

Lidka Borowczyk - Keńska

 

Zmarła 29.06.2012 r.

 

    To już przeszło dwa lata minęły jak zmarła, a ja wciąż ją widzę w pokoju 422 w DS 15 gdzie spotkałyśmy się po raz pierwszy.

Mieszkała z koleżankami z Komunikacji: Ireną i Gienią – północny wschód Polski, Zdzisią z Mławy i Tereską – prawie krajanką, bo pochodziły obie z obrzeży dawnego województwa bydgoskiego.

Lidka (urodzona 06.09.1938 r.) była indywidualistką i pedantką, dlatego wspólny pobyt w pokoju z czterema innymi dziewczętami, o różnych temperamentach i nawykach, był powodem do częstych nieporozumień. U Lidki wszystko musiało być na swoim miejscu; nawet ołówek położony przez nią na stole nie śmiał być przesunięty ani o centymetr, a rzeczy koleżanek pozostawione w nieładzie, w dniu jej dyżuru w sprzątaniu pokoju, lądowały w koszu. Później dziewczyny sporządniały, Lidka stała się bardziej przystępna i wszystko stało się codzienne. Mieszkały i studiowały razem przez trzy lata.

    Dwa pozostałe Lidka kończyła już z rokiem następnym, ale zżyta była chyba bardziej z nami. Po studiach pracowała w Biurze Projektów Budownictwa Komunalnego we Wrzeszczu, później w Libii. Po powrocie do kraju, po krótkim tu pobycie, wyjechała do Francji – za głosem serca. Będąc w Paryżu odwiedziłam ją – mieszkała z p. Jerzym na pięknym, zamkniętym osiedlu, w pobliżu Cmentarza Pere la Chaise. Po jej powrocie do Gdańska, zostałyśmy obie z Tereską, oraz Jurek Bako, zaproszeni na specjały francuskiej kuchni w jej wykonaniu. Opowiadała wtedy trochę o sobie, dzieciach i wnuczce.

    Następne, a równocześnie ostatnie, spotkanie to już tylko pożegnanie na Cmentarzu Oliwskim, gdzie spoczęły jej prochy w grobie rodziców.

Eulalia

Gdańsk, marzec 2014 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Miejsce pochówku: Gdańsk, Cmentarz Oliwski - kwatera 16, rząd 6, grób 8.

 


Powrót na górę

Witek Pieśla - rok 2007

 

 

Prof. Bielewicz i Witek Pieśla - rok 2010

Andrzej Bonisławski, Witek Pieśla, JurekPawelski - rok 1959

 

 

Pogrzeb na Cmentarzu Komunalnym w Gdyni-Witominie - 13 stycznia 2018 r.

Spotkanie po pogrzebie - 13 stycznia 2018 r.

Pieśla Witold Grób.JPG

 

Eulalia Marciniak

Powrót na górę

Eulalia Marciniak

 

Zmarła 18 czerwca 2017 r.

 

    Pierwszy raz Eulalię zauważyłam na pisemnym egzaminie wstępnym z matematyki w auli PG w 1955 r. (62 lata temu). Była pierwszą lub drugą osobą, która oddała swą pracę egzaminacyjną. Zwróciłam uwagę na Jej pewność i zdecydowanie, które w tak mocny sposób nie ujawniały się na studiach, ale w domu, w życiu prywatnym i w pracy podobno tak. W rodzinie cieszyła się poważaniem, a dla brata Romka była wyrocznią pierwszą po Rodzicach – jak powiedziała mi Wiesia Rożek. Więcej nie miałyśmy kontaktów przed rozpoczęciem zajęć na I roku studiów.

    Przypadek sprawił, że na którymś z początkowych zajęć usiadłyśmy obok siebie i zaprzyjaźniłyśmy się. Więzy zacieśniały się podczas sesji egzaminacyjnych. Do poważniejszych egzaminów przygotowywałyśmy się tzn. w Oliwie na Krzywoustego. Uczyłyśmy się przed południem, potem jechałyśmy do trójki na obiad, a następnie z powrotem na Krzywoustego. Nauka do wieczora przerywana kolacją przygotowaną przez moją Mamę. Nie przypominam sobie, aby Ela oblała jakiś egzamin, do którego przygotowywałyśmy się razem. Mnie się zdarzyło powtarzać jeden egzamin z materiałów budowlanych u adiunkta Janusza Rataja.

    Przypominam sobie, że Ela czytała materiał do egzaminu w pokoju, a ja słuchałam i opalałam się na balkonie. Ela zdała, ja nie. Zdarzyło się raz, że podczas takiej „sesji naukowej” odwiedził nas Piotr Szewczyk. Mieszkał z rodzeństwem na tzw. „stancji” nieopodal, przy ulicy Poznańskiej w Oliwie. Była sesja letnia i piekielny upał. Pod stołem stała wanienka z zimną wodą, w której trzymałyśmy nogi. Piotr zrobił wywiad na temat zaawansowania naszej nauki, stwierdził, że jest do przodu w stosunku do nas i zadowolony pożegnał się. Tak wyglądały w przybliżeniu nasze spotkania naukowe. Ela była mi bardzo przyjazną osobą. Obie jadłyśmy obiady w akademiku, a ja potem szłam do kolejki elektrycznej na przystanek Politechniki Gdańskiej, a Ela, mimo że większość koleżanek prostą drogą wędrowała do swego akademika, Ona odprowadzała mnie do kolejki nakładając sobie szmat drogi powrotnej. Jaki to był dobry, przyjacielski gest. Tak było na studiach.

    Po studiach drogi rozeszły się, ale trwała latami korespondencja. Ela była głęboko wierzącą i mocno praktykującą katoliczką. Kiedyś zadzwoniłam do niej o 21.00 czasu środkowoeuropejskiego i okazało się, że ją obudziłam. Wyjaśniła mi, że chodzi spać o 21.00 i wstaje o 4.00 rano, aby zdążyć na 6.00 na mszę św., ale po zmianie czasu na letni środkowoeuropejski kładzie się już o 20.00, bo tak chce jej organizm i wstaje o 3.00 nad ranem. Siedem godzin mocnego snu wystarczało Eli. A mnie się zdarza, że o tej godzinie dopiero gaszę światło i śpię 9 godz.

    W stosunku do mnie Ela była bardzo tolerancyjna. Wiedząc, że z praktyką religijną trochę nie jest mi po drodze, nigdy nie zwróciła mi w tym aspekcie uwagi, nigdy również nie było miedzy nami nieporozumienia na ten temat. Potem, jak po 50 latach naszego „narzeczeństwa” jak powiedział nasz proboszcz ks. Krzysztof Lis, wzięliśmy z mężem, czyli narzeczonym, ślub kościelny, dziękowała nam i Panu Bogu za spełnienie jej modlitewnej prośby. Mimo całej skromności znaczną chwałę tego wydarzenia wzięła na siebie. Nie zaprzeczam, że Eli udział w tym wydarzeniu liczył się.

    W pierwszych latach po studiach Ela odwiedzała nas na naszym nowym mieszkaniu M-3 w Gdańsku na Głębokiej. Była służbowo. Miała ładną, nową sukienkę szytą przez krawcową, taką prostą i elegancką w niebiesko – czarne prążki. Miałam bardzo mizerne ciuchy a sukienka przypadła mi do gustu i dobra Ela odstąpiła mi ją po kosztach własnych. Pamiętam, było to 300 zł, to było niedrogo. Ja miałam na głowie małego Maciusia, pracę, dom, nikogo do pomocy i kompletny brak czasu na chodzenie po sklepach, a w dodatku wszystko dla mnie było za drogie.

    Przy następnej okazji odwiedziła nas Ela na kolejnym miejscu zamieszkania we Wrzeszczu przy ul. Batorego. Jak zwykle czasy były ciężkie, a Ela przywiozła prawdziwą krakowską suszoną i jeszcze jakąś wyśmienitą wędlinę wyrabianą w tamtych stronach. To było niesamowite. Ela była bardzo zaradna kulinarnie. Na wszystkie Wigilie robiła uszka dla całej swojej Rodziny. Było to ok. 320 czy 340 sztuk. Mimo, że była singielką to nigdy nie była samotna. W otoczeniu miała młodszą siostrę Wiesławę i młodszego brata Romka z dwójką dzieci, a potem z szóstką wnuków. To stanowiło Dużą Rodzinę. Robiła dobre wypieki. Do tej pory na święta i inne okazje wg. Jej przepisu piekę keks, który zawsze się udaje (owoce nie opadają na dno) i babkę cytrynową. Niezbyt dużo roboty, a smak wyśmienity.

    Eulalia miała radę na większość problemów, a szczególnie zdrowotnych. Zajęła się kiedyś popularną dietą „Herba Live”. Była gorliwą zwolenniczką tego niby leku i oczywiście sama też go testowała. Podczas któregoś kolejnego zjazdu dowiedziała się o chorobie Zbyszka Czarneckiego, który wyleczył się już z dolegliwości kręgosłupa nosząc worki z cementem i piaskiem na własnych ramionach (jak Go wyrzucili z pracy za Solidarność) ale nadal męczył Go reumatyzm lub artretyzm lub coś jeszcze innego. Oczywiście Ela chciała koniecznie Zbyszkowi pomóc i uleczyć. Oczywiście „Herba Live”. Aby omówić sprawę spotkaliśmy się ze Zbyszkiem w kolejnym 4–tym moim mieszkaniu na Żabiance. Ela tłumaczyła zalety tej diety, a ja podawałam herbatę. Dieta „Herba Live” też w tym przypadku miała mieć zbawienną moc. Doszli do porozumienia i pierwszą porcję tej „diety” Ela miała dostarczyć Zbyszkowi. Jak dalej ta pomoc wyglądała to nie wiem. Wiem natomiast, że po latach choroby Zbyszek na zawsze nas opuścił. Ja nie uległam tej metodzie, była dla mnie niepewna i za droga. Nie znam przyczyn odejścia Zbyszka, ale sadzę, że „Herba Live” do tego się nie przyczyniła.

    Wiele lat temu Ela ciężko zachorowała. Była to autoimmunologiczna choroba wątroby. Jej własna wątroba sama siebie niszczyła, zżerała. Jurek Kuźmiński, który przyjechał do Gdańska do studiującego syna opowiadał mi o tragicznym stanie Eli. Odwiedził ją w szpitalu w Białymstoku. Ze smutkiem stwierdził, że Ela tego nie przeżyje. A jednak nie tylko wybrnęła z tej choroby, ale pokonałam jeszcze inną, niezwykle ciężką sepsę, która zaatakowała ją 16 lat temu w wieczór wigilijny świąt Bożego Narodzenia. Dzięki natychmiastowej orientacji i błyskawicznej pomocy Rodziny Ela została uratowana. W śpiączce farmakologicznej przeleżała cały miesiąc. To Jej głęboka, prawdziwa wiara i opieka Rodziny pozwoliła wytrwać w chorobie, pokonać ją i ponownie wrócić do zdrowia i najbliższych. Pani Wiesława, siostra Eulalii, w ostatniej rozmowie ze mną wspomniała, że Ela dziękowała Bogu za te 16 lat darowanego życia.

    Ela miała wyjątkową Rodzinę, kochającą się, szczególnie zgraną i zgodną, pomagającą sobie i wspierającą się nawzajem. Pani Wiesia mówiła, że sąsiedzi z uznaniem wyrażali się o ich wspaniałych relacjach rodzinnych. Eulalia wnikliwie obserwowała dwójkę dzieci brata Romka, a następnie szóstkę Jego wnuków. Przy każdej rozmowie telefonicznej ze mną pytała o trójkę moich wnucząt z dumą opowiadając o swoich.

    Jak już wspomniałam Ela była kopalnią porad lekarskich i przepisów kulinarnych. Między innymi jedną z nich w dłuższym okresie stosowałam. Chodziło mianowicie o uzyskanie kwasów nienasyconych omega 3, które szybko wchłaniają się do organizmu. Przepis tak wyglądał: twaróg koniecznie chudy, 2 łyżki oleju lnianego (Ela skądś specjalnie sprowadzała) i to razem miksować przez chyba 15 min. Albo i więcej na dużych obrotach. Miksowałam te produkty przez kilka miesięcy i nie pamiętam dlaczego zaniechałam. Nawet ostatnio chciałam się spytać, czy nadal „miksuje” ale nie zdążyłam.

    Ela była całe życie bardzo pobożna. Działała w Klubie Inteligencji Katolickiej. Zadaję sobie pytanie: dlaczego tak oddana Bogu osoba nie została uchroniona od nagłej i niespodziewanej śmierci? Widocznie tak miało być, zabrał Ją Pan Bóg by nie cierpiała.

    Ela była niemal na wszystkich naszych zjazdach. Zawsze w nowych kreacjach, lakierkach, z humorem i zadowoleniem. Zastanawiałam się, dlaczego tak wartościowa dziewczyna nie spotkała odpowiedniego partnera? Kiedyś zadałam pytanie dlaczego pozostała sama, dlaczego nie wyszła za mąż? Odpowiedziała dowcipnie: - „że jak się podobał to nie chciał, a jak chciał to się nie podobał”. Zgodnie z powiedzeniem satyryka „Bo w tym cały jest ambaras …..itd”.

    Pani Wiesława wspominała mi, że nie chciała by Ela wyjeżdżała na tę ostatnią rehabilitację, bo ona w tym czasie będzie w Hiszpanii na uroczystości I komunii św. Wnuczki Brata i nie będzie mogła Jej przywieźć. Ale Ela postanowiła jednak jechać, mówiąc, że tam bardzo dobrze się czuje.

    Wypadek nastąpił w drodze powrotnej do Białegostoku w niedzielę 4 czerwca 2017 r. Z niewiadomych przyczyn samochód zjechał na lewy pas ruchu i uderzył w barierę mostu. Leżała w szpitalu w Ostrowie Mazowieckim przez 2 tygodnie i w niedzielę 18. czerwca nie odzyskując świadomości odeszła. Uroczystości pogrzebowe trwały dwa dni – 23 i 24 czerwca. Pociągnęłaś za sobą bardzo kochającego Cię Brata, który zmarł 23 czerwca w dzień modlitw przy Twojej trumnie. Może aby nie czuł się moralnie odpowiedzialny jako sprawca śmierci siostry. Pożegnaliśmy Cię Elu, ale nie całkiem odeszłaś. Zostałaś w naszych sercach i będziesz w naszej pamięci.

    Dziękuję Ci Elu za wszystkie lata spędzone z nami, za lata dobrego współżycia i szczerej przyjaźni.

Cześć Twojej Pamięci.

Krystyna

6 lipiec 2017 r.

 


 

Moje wspomnienia o Eulalii Marciniak.

 

    Elę poznałam we wrześniu 1955 r. w Gdańsku, mimo, że obie pochodziłyśmy z Białegostoku. W czasie studiów łączyły nas wykłady, wspólny akademik (jedno piętro) i rodzinne miasto Białystok.

    Jako studentka Ela wykazywała się obowiązkowością i systematycznością, słynęła z punktualności i szacunku dla ludzi. Lubiła ład i porządek. Pochodziła z rodziny katolickiej i patriotycznej. Zasady i nauki wyniesione z domu kontynuowała w samodzielnym życiu. Studia traktowała bardzo poważnie – nauka była na pierwszym miejscu.

Usposobienie miała pogodne, wykazując się życzliwością i pomocą osobom w potrzebie. Chętnie chodziła na wieczorki taneczne i do kina, lubiła dobrą książkę.

    Po studiach wróciła do Białegostoku i podjęła pracę zawodową. Pracowała w: Przedsiębiorstwie Elementów Budowlanych, Podlaskim Przedsiębiorstwie Budowlanym, Inwestprojekcie, Miastoprojekcie i w Urzędzie Miejskim w Białymstoku skąd w 1994 roku przeszła na emeryturę. Po powrocie do Białegostoku (po studiach) zamieszkała u rodziców, a własne mieszkanie otrzymała dopiero na początku lat 70-tych na Oś. Sienkiewicza w Białymstoku.

    W okresie zawodowo – czynnym wolny czas wykorzystywała na rozwój duchowy i kulturalny, jednocześnie dbając o zdrowie i kondycję fizyczną. Wstąpiła do Klubu Inteligencji Katolickiej, brała udział w pielgrzymkach pieszych i autokarowych zwiedzając Sanktuaria i zabytki kultury Europy i Ziemi Świętej. Lubiła teatr, kino, Filharmonię, lubiła również tańce w dobrym towarzystwie. Ponadto dużo czytała. Dbając o zdrowie chodziła na pływalnię, zimą na narty a latem na rajdy piesze za miasto. Samodyscyplina i systematyczność Eli skutkowała tym, że miała na wszystko czas łącznie z codziennymi pracami w domu oraz pomocą osobą w potrzebie. Oczywiście zawsze zadbana, nadążająca za modą, z uśmiechem na twarzy – ogólnie lubiana.

Nasza znajomość zapoczątkowana w czasie studiów stopniowa rozwijała się i pogłębiała się aż przerodziła się w dozgonną przyjaźń. Wydawało się, że tak będzie zawsze. I tu się potwierdza, że nic nie jest na zawsze.

    W czerwcu 2001 r. Ela zachorowała – żółtaczka immunologiczna – zaatakowała zdrową, energiczną, prowadzącą zdrowy tryb życia, bez nałogów. Zachorowała na chorobę wydawało by się zarezerwowaną dla „innych”. Choroba okazała się nieuleczalna – przyjmowała leki ograniczające objawy choroby, które pozwoliły jej wrócić do funkcjonowania między zdrowymi. Częste pobyty w szpitalach i walka o przetrwanie. Udawało się całkiem nieźle aż do grudnia 2008 r. Ela zawsze pamiętała o innych a najbardziej o rodzinę dbała starając się wyręczyć pracujących - zdążyła przygotować dania wigilijne i wieczorem 23.12.2008 r. odwieziono ją do szpitala. Lekarz dyżurny podsumował rodzinę – szpital to nie „przechowalnia”, a dwie godziny później Ela straciła przytomność, temp. 40 stopni i zapadła w śpiączkę. – zdiagnozowano sepsę – stan bardzo ciężki – przewieźli na OIOM. W śpiączce była miesiąc. Gdy wybudzili Elę ze śpiączki diagnoza była zwalająca z nóg – czterokończynowe porażenie. Bez szans. Wiara w Boga i chęć życia była silniejsza – na koniec kwietnia 2009 r. wypisali Elę ze szpitala poruszającą się przy pomocy chodzika a we wrześniu 2009 r. po intensywnej rehabilitacji zaczęła chodzić samodzielnie.

    Kolejne lata to była walka o zdrowie i życie i pomoc innym w miarę możliwości. Ciągle powtarzała, że „Pan Bóg stworzył człowieka żeby żył 125 lat i ja muszę tak żyć żeby dożyć tego wieku”. Niestety stało się inaczej – 4 czerwca 2017 r. brat Roman (8 lat młodszy) wiózł ja samochodem do domu – wracała z turnusu rehabilitacyjnego. Pod Ostrowią Mazowiecką mieli wypadek – oboje trafili do szpitala – Ela zmarła 18 czerwca 2017 r. a Romek 23 czerwca 2017 r. Pogrzeb Eli odbył się 24 czerwca 2017 r. a Romka 30 czerwca 2017 r.

Ela zostanie na zawsze w mojej pamięci jako dobra przyjaciółka, przykładna katoliczka i wielka patriotka. Była człowiekiem modlitwy, pracy i dobrych uczynków. Wieczny odpoczynek racz Jej (Im) Panie ...!

Ela – Eulalia Marciniak ur. 19.VI. 1938 r. zm. 18.VI.2017 r. żyła 79 lat.

Wspomina – Wiesława Rożek, koleżanka od 58 lat.

Podpowiedź:

 

Kliknięcie w nazwisko

powoduje przewinięcie

do wspomnień o osobie.

Przy niektórych osobach jest także opisane miejsce pochówku z linkiem do mapy cmentarza.

Zbyszek Czarnecki

Terenia Żubka

Powrót na górę

Włodzimierz Zimnowodzki

 

Zmarł 10 sierpnia 2017 r.

   

    Z wielkim smutkiem i głębokim żalem przyjęliśmy wiadomość o śmierci naszego Kolegi i Przyjaciela Włodka Zimnowodzkiego.

Z Włodkiem po raz pierwszy spotkaliśmy się na początku studiów na Wydziale Budownictwa Lądowego politechniki Gdańskiej w roku 1955. Przybyliśmy z różnych miejscowości. Włodek pochodził z Mławy. Los tak sprawił, że moje kontakty z Włodkiem miały bliższy charakter z tytułu zajęć w tej samej grupie, wspólnych ćwiczeń praktycznych na uczelni i wspólnego zamieszkania w akademiku.

    U progu studiów a zarazem wkraczania w dorosłe życie, Kolega Włodek jako bardziej doświadczony, nieco starszy, był dla nas niejednokrotnie doradcą życiowym i przewodnikiem na uczelni. Dobrze przygotowany do studiów zakresie przedmiotów I semestr, udzielał nam nieocenionej pomocy. Życzliwość i chęć pomagania były naturalnymi cechami Jego osobowości. Był nieoceniony w pracach zespołowych, zawsze zaangażowany i dokładny. Udział Włodka w zespole miał zawsze znaczący wpływ na wysokie oceny w zaliczaniu praktyk i wspólnych projektów.

    Po zakończeniu studiów nasze wzajemne kontakty były kontynuowane na zjazdach koleżeńskich i odwiedzinach w miejscu zamieszkania.

    Ostatni raz już na emeryturze spotkałem się z Włodkiem w czasie Jego pobytu w sanatorium w Ciechocinku. Wspólny wypad na Motoarenę w Toruniu na żużlowe zawody Grand Prix przypomniały nasze wspólne kibicowanie na imprezach sportowych w Trójmieście w czasach studenckich..

    Swój dorobek zawodowy w Kraju i za granicą Włodek opisał na stronach naszej książki. Prezentuje go w sposób skromny z pozycji kierownika budowy – realizatora zadań, które przed nim stawiano.

    Godzi się tu podkreślić, że jako zdolny inżynier w bardzo trudnych warunkach potrafił z zaangażowaniem spełniać wymagania czasu, w jakim dane Mu było pracować. Efekty Jego pracy, zrealizowane inwestycje, do chwili obecnej spełniają doskonale swoje funkcje i stanowią trwałe świadectwa Jego dokonań. Wpisały się na stałe w przestrzeń komunikacyjną Trójmiasta, Kraju i za granicą.

    Kolega Włodek odszedł, ale pozostanie w naszej pamięci jako doskonały inżynier i wspaniały, życzliwy Człowiek.

 

Janek [Wendykowski]

 


 

Miejsce pochówku: Gdańsk, Cmentarz Łostowicki - kwatera 98, rząd 2, grób 11.

 


 

Ludwik Hapka

Powrót na górę

Jan Herok

 

Zmarł 22 sierpnia 2018 r.

   

    Nasz kolega Janek Herok zmarł 22.08.2018 r. po ciężkiej chorobie nowotworowej. Po studiach pracę rozpoczął w POLFIE w Starogardzie Gdańskim, następnie w Wałeckim Przedsiębiorstwie Budowlanym, jako dyrektor. W 1968 r. przeniósł się do Miastoprojektu w Koszalinie i tutaj już pracował do końca kariery. Od 1969 do 1973 r. pracował w Koszalińskim Zjednoczeniu Budownictwa, a od 1974 do 1979 w Zjednoczeniu Budownictwa Komunalnego. W latach 1974-1982 prowadził Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjno – Komunalnych. Od 1982 r. prowadził oddział kieleckiego Przedsiębiorstwa Robót Komunalnych.

    Z Jankiem współpracowałem, kiedy pracowałem w Zakładzie Usług Inwestycyjnych (CZSBM), a Janek był dyrektorem w Wałczu oraz kiedy pracowałem w Dyrekcji Rozbudowy Miast i Osiedli Miejskich, a Janek był dyrektorem PRIBK. Współpraca układała się bardzo dobrze. Janek był bardzo koleżeński, lubiany i szanowany przez współpracowników i otoczenie.

Pamiętamy Janka jako wspaniałego organizatora naszych zjazdów koleżeńskich w Jastrowiu i Unieściu.

 

Za swoją pracę otrzymał szereg wyróżnień i odznaczeń:

  • Brązowy i Złoty Krzyż Zasługi;
  • Brązowy Medal dla Obronności Kraju;
  • Złotą Odznakę CZSBM;
  • Medal 30-lecia PRL
  • Srebrną Odznakę Zasłużonych dla Budownictwa i Materiałów Budowlanych;
  • Zasłużony Pracownik Gospodarki Terenowej i Ochrony Środowiska;
  • Odznakę Honorową dla Rozwoju Województwa Koszalińskiego.

 

Na uwagę zasługuje fakt, że w tym czasie pracując na kierowniczych stanowiskach Janek nie należał do żadnej partii. Wolny czas spędzał na łonie natury w lesie nad jeziorem łowiąc ryby.

Odchodząc na Wieczny Odpoczynek w wieku 83. lat osierocił syna Marka – kapitana żeglugi na Bałtyku i żonę Basię.

Żegnamy wspaniałego człowieka, świetnego inżyniera budownictwa.

    Cześć jego pamięci.

Kazik Kamys

 


 

Miejsce pochówku: Koszalin, Cmentarz Komunalny - kwatera P-31, rząd 7, grób 12.

 


Podpowiedź:

Możesz usunąć tę informację włączając Pakiet Premium

Ta strona została stworzona za darmo w WebWave.
Ty też możesz stworzyć swoją darmową stronę www bez kodowania.